DZIEŃ TRZECI, CZYLI

ŚRODA Z PIERWSZĄ RZECZĄPOSPOLITĄ

 

Przedstawim się waćpaństwu, jeśli łaska. Jam jest Izydor Skiwski, a to druh mój nieodstępny imć Jeremi Chomicz. Mamy rok Pański 1674, sierpień, ranek dość pogodny. Wypełniając misyję arcytrudną Króla Jegomości Jana Trzeciego Sobieskiego, Prusy Xiążęce i Królewskie przewąchujem, by we Gdańsku z mistrzem Janem Heveliusem się spotkać i manuskrypt jego sekretny obaczyć, od którego losy misyi zawisły i Prus obojga przyszłość, a może i Rzeczypospolitej. W drodze zasię, co tu kryć, śpiegować musiem bez pardonu. Jak nas złapią i pod elektorski sąd odstawią, skończym obadwaj jak sam sławny Kalkstein, dwa roki temu ścięty za uporczywe przy Polsce obstawanie. Ale co robić, gdy Najjaśniejszy Pan umyślił Księstwo Pruskie z brandenburskich rąk wydrzeć, jak nie siłą, której w kraju nie dostaje, to sposobem: francuskim pieniądzem i szwedzkim wojskiem. No, mniejsza o śpiegowskie tajniki, lubo wiemy, że nie zdradzicie nas przed łapsami Onych.

Zgubiwszy domniemane abo i prawdziwe pogonie w Bischoffswerder1, gdzie nas wielebny Jan Gizevius na plebaniej gościł, puścilim się skroś polską granicę na Lipinki. Niechaj prześladowce tropią nas na gościńcu na Frysztat2, Gardeję i Kwidzyn, jak w przygodach naszych potomni napisali, księgę onę opasłę pod nazwaniem Manuskryptu Heweliusza drukiem na świat wypuszczając A.D. 2012. My jużny, to jest meridionalny obralim kierunek, ziemię grudziążką przepatrować po obu granicy stronach.

W Lipinkach sławetnego Cichockiego, mistrza sztuki rzeźnickiej, na spytki w kwestyi szynek a kiełbas nie mieszkając wzięlim, by od czegoś śpiegowską rozpocząć robótkę. Żarty żartami, aleśmy sprawdzone powzięli wiadomoście, że wędzarnia ona jako sekretne miejsce knowań tajemnych służy. Szczęściem, okazało się po słownej jeno instygacyjej – korporalną wieprzom i wołom i tak już przecie sprawiono – że knowają tam, i owszem, w słusznej sprawie Majestatu, na jednakim z nami wózku jadąc i pruskiej granicy pilnując, czyli się od elektorskich złego co nie pokaże. Wybornych wędlin przeto podjadłszy, za gościnę podziękowalim i via Mierzyn oraz Sumin, obiedwie wioski w Polszcze, de novo do Xiążęcych wjechalim byli Prus, do Partęczyn. Sioło, jako wszytkie tutaj, srodze po obu szwedzkich spustoszone znaleźli my wojnach, i tej z trzeciej wieku naszego dziesiąci, i tej z szóstej, potopem wraz nazwanej.

– Patrzaj, waść, karczma chędożna. Wnijdziem języka zasięgnąć, co? Karczmarz na pograniczu. Hm, różnie z takowymi bywa, a tu jakoś tak podeźrzanie. Łotr i zbój, jako żywo.

Zgodziłem się naprędce z Jeremim, rozkulbaczylim wierzchowce i weszli my do izby. Oberżysta, chłop wsobny i małomówny, spode łba nas otaksował, piwo do kufli lejąc i strawę z kuchniej ordynując na nasze ode drzwi rzucone żądanie. Jak nic węszy, jak nic…

– Ejże, co to za chuderlawy kapłonik, hę? – Nie spodobała mi się miski zawartość. – Aby czym nie struty? I czego tak na nas łypiesz, co? Jużeś łapsów uwiadomił?…

Raz-dwa, wzięli my gagatka pod boki, na stół rzucilim i dobrze poddusili, by śpiewać frant począł, co wie i gdzie się zbrojne kurfistrzowe podziewa tałatajstwo, muszkietery alboli rajtary. W tejże jednak chwili z kuchniej kuchcik jak bomba wyleciał, muniment jakowyś niosąc i do ócz go nam prezentując. Szynkarz, rzężąc i ślepia wybałuszając, znaki zarównie nam dawał, byśmy go niechali, bo swój jest. Swój? Jakże to, tu, u elektora? A swój. Polak.

Jak się bowiem z papieru od nas pochwyconego pokazało, karczmarz sam piwo warzy, co rzadko dość bywa, podług przywileju króla Zygmunta Trzeciego z roku 1624, za co jeno 6 grzywien i 6 kogutów chutliwych oddawać musi, z zamianą onych na kur tuzin, starościńskiej władzy. Bo tu Haubtambt Marienwerder, starostwo Kwidzyn po naszemu, z Riesenburgkiem, to jest Prabutami, połączone. Nanotowalim też skrzętnie we łbach, boć na papierze azardownie by było, ile że elektorska to ziemia, a obwieszonym na suchej gałęzi nikto być nie zamiaruje, że co wtóry gbur po polsku tu gada. Powiedział zaraz szynkarz, nawet głosu nie zniżając wśród swoich, że jest ci kogo na naszą, Rzeczypospolitej znaczy, przekabacać stronę.

– Czyżby, przyjacielu? Toć gburowie, lemani czy nawet wolni chełmińscy3 rolą się swoją zajmują, nie Warszawy z Berlinem odległemi rozgrywkami. No, pijem piwo i dalej.

Pojechali my ergo na Lisnowo, sioło więtsze, z kościołem i dwiema aż szynkowniami. Przyjął nas był serdeczno wioski possessor, imć pan Paweł von Bimberstein… von Biberstein-Orzechowski, szczery Polonus, boć i Kalkstein panem Stolińskim zarównie był… póki żył. U stoła siedlim na pół hory, bo czas naglił, a z nami imć pan Zygmunt Bromierski z Widlic, somsiad gospodarza i zarównie nasz człowiek, to jest królewski pruskiej sprawy partyzant.

– Ślachta, powiadam waszmościom, za Królem pójdzie. Jeno inszy ludzie niepewni.

– I to dodaj, panie bracie, że nasza ślachta, nasza. Gente Prutheni, natione Poloni.

Przyznawszy rację obu zacnym dyszkurantom, dopisalim ich – we głowie jeno – do spisu ludzi Jana Trzeciego i Słusznej Pruskiej Sprawy, udając się co koń wyskoczy ku okcydentowi i koniuszek Szańcowego mijając jeziora. W miejscu, kędy z traktu odchodzi ku siewierzy leśny dukt półdziki, gdzie – jako studnia czasu bulgocze – stacyja kolei żelaznej Scharnhorst-Szarnoś kiedyś tam powstanie, karczemka rozwalona zum caputt wyrosła, jak na mapie imci Samuela Suchodolca naznaczono4. Szynk na szynku i szynkiem pogania! Pomyśleć, że in futuro – znów kwantom ufając – zjeść i wypić porządnie nigdzie się w tych stronach nie da, chyba że u ponadczasowego mistrza Adalberta, którego duch już teraz nad austerią się unasza…

Przed wsią Mędrzyce weszli my definitive w nasze Prusy Królewskie, w województwo chełmińskie, powiat grudziążki, i strach nas opuścił. Zaraz, jaki strach? My, mężni kursorzy?

– Za się gadaj, Izydorze, ja się lękam jeno pustej miski, takiejż flaszy i chłodnej baby.

– I kociokwiku po uciech onych nieumiarkowaniu, he, he, he…

Panowie Janowie, Wituski i Biedrzycki, posesorzy Mędrzyc, zabawni byli po staremu zwadą, któren pierwszy trzy korce żyta i owsa oddać musi, bo tyle każdemu wyznaczono. Bez drugiego śniadania zatem, na którem tak liczył, mostek na Ossie-śmy przejachali ku Świeciu na południe wiodący. Wyglądał na graniczny, chocia Mędrzyce i Świecie przecie w Polszcze, tośmy przemytników poudawali, miny głupie ku rzekomym elektorskim strojąc wartom i na nosie im grając, a do rzeki szcząc obficie po karczemnym piwie, prawdziwy kordon dawno już za plecyma mając i z radości onej wiatry tęgie puszczając po lesie. Boć to, mówią, szczyki bez pierdyki jak wesele bez muzyki i święta ona prawda a ponadczasowa, że ho, ho.

Świecie nad Ossą, wolnym sołectwem sławne roku 1650 od króla Jana Kazimierza potwierdzonym, setkami owiec a baranów tłuściuchnych nas przywitało. Folwark tuteczny czterech aż ma possessorów, Ciborskiego, Koziobrockiego, Dyzgradowicza i Głowińskiego, a młyn Anno Domini 1646 Engelbertowi Weissowi nadany od króla Władysława Czwartego. Jakeśmy sprawdzili, wszytcy Majestatowi sprzyjają, o co nietrudno, bośmy bezpieczni po naszej stronie granicy, a ile to warte w boju będzie przyszłym, to się pokaże. O ile do onego dojdzie. Nade wsią gród wisi prastary, z prawa, aleć wojska tam już nie masz, tyle że piwnice w górze grodowej wywiercone, na wino, pikle, boczki, szpeki a insze takowe specyiały. Abo żeby się w upał z gaszkiem dziewucha skryć od gniewu ojcowego i maminego gdzie miała zrzędzenia. Przecie bez porządnych omłotów w nadrzecznych Wenery młynach Ossa płynąć zaprzestanie, a kąśliwe rzeki onej miano pod rozwagę niejeden już brać musiał wesołek…

Puścili my się kłusem letkim na jużny okcydent, na Rychnowo, lemańską wioskę wolną od wszelakiego znojnego szarwarku w polu odrabianego, ku siurpryzie wielgiej imci pana Kalksteina spotykając. Oczewiście nie ducha, jeno kuzyna ducha. Ze swych Białobłotów nieodległych zajechał tu do somsiadów. Nawet nie musielim na naszę przeciągać go stronę: sam dziedziców zza elektorskiego podburza kordonu, los familijanta w pamięci mając.

Jadąc stale w jużno-okcydentalnę stronę, Linowo naleźlim, rumakom popas dając. Tu znowu dwóch lemanów na czterech siedzi włókach chełmińskich, jeden znaczy się na dwóch, czego się od księdza proboszcza, wielebnego Filipa Franciszka Langa dowiedzielim. Właściciel zasię z Grzywnów rodu się wywodzi, ale pojachał do karczmy i tyle go widziano. Nikto tu do pruskiej nie interessuje się awantury, ot, co wieś, to inaczej. Im granica dalej, tym o somsiadach zza kordonu ciszej.

Ucieszną wielce rzecz w stajniej księżowskiej widzielim, konie nasze opatrując. Owoż lustro augsburskiej roboty, pięknie rżnięte, dobrodziej konikowi przed łbem zawiesił, iżby się zwierzę napatrzyć mogło do woli na druha mniemanego. Powiada proboszcz, że samotności wierzchowce tuteczne nie lubią, stąd takowa fanaberyja. Paradne…

Bardziej teraz na jug szlak wyprostowalim i na Rywałd prosto pogalopowalim, rumaki wypoczętemi znajdując i bodców5 im nie szczędząc. Koło kirchy luterskiej na okcydent skręciwszy, opuścilim sioło i via olęderskie Gołębiewo, gdzie mennonici, skąpi i pracowici heretykowie siedzą, do Radzynia-śmy dobrnęli, zamek w złem widząc stanie po wojnach tylu wieku naszego marsowego. W miasteczku pół hory złachmanilim, interessu czyjegokolwiek do pruskiej sprawy i karczmy porządnej na obiad szukając, aleć jeno za zamkiem po lewej podła jakowaś stojała oberża. Tośmy ani nie wejszli, ani nawet wierzchowców u koniowiązu nie ostawili, iżby ich tam na bigos hultajski nie przerobili i nam na stół nie dali w kapuście zgniłej a przeszłorocznej.

Głodni i spragnieni, ergo źli i o Sprawie Pruskiej zgoła nie myślący, Zielnowo duchem przejechalim, luterskie do szpiku i polskiej pozbawione ślachty, gdzie kłopoty wyniknąć łatwo mogły, bo elektor swoich ma tu ludzi takich jak my tropiących, chocia od granicy spory kawałek. Udało się wszakże draki nie wszczynać. Za czym kierunek okcydentalny na siewierno-okcydentalny odmieniwszy, Dębieniec, wioskę Wejherów ujrzelim, Majestatowi przychylnych. Chwilę-śmy z gospodarzami gwarzyli o warszawskich dworu zamiarowaniach. Wreszcie, ku wielgiemu ukontentowaniu, turznickie włości siestrzyczek świętego Benedicta z Grudziąża obaczylim, gdzie obiad w karczmie pewny i solidny jako amen w pacierzu. No i od elektora dalekość, a sióstr o sprzyjanie Hohenzollernowi nikt nie posądzi. Turznickich wieś Turznice ongi była, potem sławnych w okolicy Plemięckich, od których nazwanie gródka czternastowiecznego poszło, a roku Pańskiego 1637 siestry kupiły od Plemięckich spłacheć gruntu niemały. Odtychpor dwór duży tu mają, po antecessorach, rzeczony zajazd, dwa młyny, browar, gorzelnię, folusz sukienny i insze dobra. Łykom grudziążkim bardzo to nie w smak, tak że folusza, kiedyśmy zajachali, jużci nie było, bo zamknąć starosta kazał6.

Eh, cudny był obiadek, gąska na dwoich z kaszą perłową w szarym polskim sosie z rodzenkami, wino tokajskie do tego, a na wety kapłon, sztokfisz, pieczenia wołowa, flaki na żółto z szafranem, sześć kuropatw, dwa kwiczoły… Pomarzyć dobra rzecz, z groszem krucho, a karczmy nie pałace, żeby tak w nich biesiedować. Gąska jeno, za to pysznoście, mniam…

– Tam w prawo – w półstaju za Turznicami z sytego milczenia przecknął się Jeremi – tam Pokrzywno sławne, ale go stąd cale nie widzieć. Starostwo w dawnym krzyżackiem urządzono zamku7. Kaplicę ponoć już odbudowali, co ją Szwed z harmat był zgruchotał.

– A hen! przed nosem, naszym alboli raczej końskim, folwark grudziążki Rządz, ongi krzyżacki, od teraźniejszego wieku miejski. Tam już lemanów ni wolnych chełmińskich nie uświadczysz, jeno samych pańszczyznę odrabiających szarwarkowych gburów.

Ciągnąc ustawnie na siewierny okcydent, dopadli my na koniec grudziążkich miejskich murów i objechawszy gród od jugu, z ciekawości wędrowców zwyczajnej, Bramą Wodną do środka się przebrali. Po powodzi roku óśmnastego, a powodzie tu częste, osobliwie nad Wisłą, tedy olędrów-mennonitów tam osadzają – i morowym powietrzu czasu potopu inszego, bo szwedzkiego – po pożarze i inszych nieszczęściach, śladu jużci nie masz, aleć się wszelako miasto nie ze wszytkim z upadku onego podźwignęło. Bieda jako wszędy wokół.

– Spichlerze krzyżackie jużci chyba poznikały. O, ten, przy Bramie Wodnej, sub numero 9, w miejscu dawnego zakonnego spichlerza Bornwalda, akuratnie w odbudowie. Ale znów tamten, sub numero 11, przeszłowieczny, w nienajlepszem stanie. Lecz ów pod 13-tką jakby de novo wznoszon, zamiast krzyżackiego. Toż samo sub 17. I sub 19. I 21 i 23. I dalsze, aż do końca szkarpy, takie same. Zaprawdę, zakonnych już wcale nie widać, wszytkie nowe.

– O, i Benedyktynek klasztor z 1624 roku stoi, mimo wojen i zamięszań.

– A zamek w nienajlepszej kondycjej po potopie szwedzkiem, aleć gdzieś starostowie siedzieć muszą. Roku 1659 nasi go odwojować dośmieli, to i efekta widoczne. Wieża Klinik szczęśliwie się trzyma, lubo nadłomana tu i ówdzie. Uff, klina, nomen omen, bym łyknął…

– Ja z waszecią!… Kościół parafijalny świętego Mikołaja, o, tam jest, odebrali lutrom, znów rzymskiej jestci on religiej… No ale przecie zawarty, bo mszy o tej porze nie masz.

– Patrzaj, a tam, przy jezujskim collegium roku 1647 założonym, jezujski kościół.

– Wiem to. Anno 1622 do Grudziąża jezuwici przybyli, starosta pokrzywieński Jan Działyński ich był sprowadził. Ale, widzisz, kościół niedokończon, nie masz czego oglądać.

– No ale jak już będzie co, w óśmnastem stuleciu, nieustanną adoracyję Najświętszego rozpoczną tu Sakramentu. Tedy wnijść będzie można i przed niedzielą. A dziś środa, tedy…

– Środa, tedy kościół nieukończon. Poczekaj wasze na niedzielę, może dokończą.

– Może. Nie masz czego oglądać, to i adorować też. Przecież nie gołe mury ceglanne.

– Przecie… Mdli mię po gąski na trakcie wytrzęsieniu. Idźmy na Rynek, do apteki.

I poszli my, konie za uzdy prowadząc. Apteka „Pod Łabędziem” w domu sub numero dwadzieście w siewiernej Rynku stronie urządzona niczego wszakże na zgagę i mdłoście nie miała, krom gorzkiej z pieprzem gorzałki, którejśmy raźno chlusnęli po kusztyczku, aże Łabędź na ścianie, gdyśmy już wyszli, skrzydłami wesoło zatrzepietał i zagulgotał grdyką.

Od jakiegoś już czasu nikto się za nami nie szwendał, widać tak daleko od elektorskiej granicy Tamci czujek swych nie wypuszczają. Ale niezadługo, gdy się do limesu xiążęcego zbliżym, wraz się od nowa kłopoty stare zaczną. Na razie mamy spokój i kraj nasz przygraniczny in eum finem przemierzamy, iżby na własne oczy zbadać, skąd najlepiej wojska na elektora król in futuro mógłby wyprowadzić. Może akuratnie spod Grudziąża, kto wie?…

Za Górami Łosiowymi, gdzie roku 1628 Szwed stał i z harmat w Grudziąż palił, podwieczorek jął nam się roić, tośmy w drodze na Rogóźno będąc, w Dąbrówce Szlacheckiej, karczemkę Popas duchem wynaleźli. A tam kaczusia po smoleńsku. Co za smakowitość!

– Takowa właśnie jestci najlepsza – imć pan Albert Mortęski z Wróblewa, inaczej Szembrukiem zwanego, towarzysz nasz przystolny, urwał udko i unurzał je w sosie z chrzanu i borówek. – We krwie dobrze namoczona, jakbyś czerninę warzył. Mówią, że od oblężenia Smoleńska czasu Władysława Czwartego nazwanie poszło. Salus, zdrowie waćpanów! O, patrzajcie jeno, jako się wróblik z kaczką rozprawia, he, he, he!

Salus! – pan Aleksander Białochowski, dziedzic nieodległej wsi Skurgwy, wzniósł pucharek italskiego czerwonego, jak nalazł do kaczek. – Uhm, jakież toto zacne… Nic tylko fuzyję brać i do kaczek prażyć, iżby więcej ptastwa onego na stół nasz wędrowało, kwa, kwa! Kaczor jeden Skur… bueee, darujcie trzewiów odezwanie… Kaczor jeden Skurgwy sobie upodobał, mały a złośliwy, i po wsi łazi, kwacząc na wszytko dookoła. Wraz nań zapoluję.

Omówiwszy z miejscową szlachtą kwestyję dogodnego zaplecza dla przyszłych działań wojsk koronnych na elektora idących, w tym aprowizacyję i leża zimowe, bez ziemiaństwa auxiliów niemożliwe do urządzenia, odjachali my vias suas. Posileni zacnie, winem dobrze nasączeni, sunęli my kłusem pobliżu kanału Trynka z roku 1522, podobno Coppernickowego pomysłu, co wodę Ossy i Gardęgi do Grudziąża doprowadza. Dalej, za kanałem, rozłożyła się wioska Kłódka, ongi Bagniewskich, dzisia w zastawie u jezuwitów grudziążkich. Mają głowę na karku, zupełnie jak we włoskich banco, jako zwą one ssawki grosza bezlitosne, od chytrych Italczyków na ludzkości wymyślone zgubę.

Ale owoż i Rogóźno. Połomane, zabiedzone. Roku 1628 Szwed kawał spory murów wysadził, wieżę okrągłą i kaplicę zamku górnego, na przedzamczu zasię wtórą sprofanował. A wszak zamek najlepszą wojsk naszych byłby przed granicą ostoją. Gdybyż był cały…

– I jak tu, mości Jeremi, do alijanta takowego ludzi przychylnie usposobić? Niedawno potop nam zmajstrował, a teraz, z Francuzami pospołu, kraju naszego nowym mieni się przyjacielem? Ciężko będzie Prusy odwojować, oj ciężko. Aleć sami rady nie damy, wojska mało, kasa pusta, bieda wszędy. Bez francuskich pieniędzy i szwedzkiej armii ani rusz…

– Łatwie to nam nie przyjdzie. – Zza mych pleców odezwał się męski głos. – Jedziecie wasze miłoście do Łasina? To może z nami kawalątko, hę? Dobrze? Dobrze. No to w drogę.

Pan Samuel Wierzbowski z Salna przedstawił nam współtowarzyszy swej podróży. W interessiech, w handlownem jadą cylu, bo o zastaw poszło u Żydowina. Byli to ichmoście Seweryn Zaleski z Kitnowa i Sebastian Czapski, dziedzic Mełna i Boguszewa, gdzie stoi zgrabny pałacyk, w wieku naszego początku modnie przebudowan. Hojnie sypnęli nam nowinami, jeden przez drugiego, że już nie pomnę, któren co mówił. A prawili z grubsza tak:

– Dzięki króla Korybuta zgasłego wsparciu kościół we Grucie odbudowujem, aleć szkoła tameczna podupadła, a ogród do niej przynadleżny starosta sobie wziął i nie oddaje.

– W Dąbrówce Królewskiej sołtys Adam Szczepański, przywilejem tegoż Korybuta się ciesząc z roku 1672, poczyna sobie, że proszę. Spirytus pędzi, którym piwo krzci, i gburów naszych ustawnie do imentu spija dryjakwią oną.

– Mało z tem! W królewskim lesie rogóźnieńskim, gdzie prawo wyrębu drwa dostał, pomiarkowania w rżnięciu onym nie zna, że wraz pola puste ostaną jako w Budziaku i Tatara jeno trza się będzie spodziewać, czambułem idącego. Zgroza z tymi władzy przywilejami!

– Szczęściem olędrów-mennonitów wszędy tu osadzają, i dobrze. Raz, że nad Wisłą powodzie częste, a oni odpór dać im potrafią. Dwa, że gospodarni, cisi. Jeno heretyki, cóż…

Pogawędzilim chwilę jeszcze o trudnych czasach, leniwych gburach, wyludnieniu i braku rąk do pracy, o cenach spławianego we Gdańsku zboża. No i o Pruskiej Sprawie, która, niestety, nie za bardzo ziemian okolicznych obchodzi, lubo przecież po lenna byłego odzyskaniu lepszy byśmy mieli do Gdańska ze zbożem dostęp, o Królewcu już nie mówiąc.

U wjazdu do Łasina trzej nasi przygodni towarzysze dwie jeszcze spotkali persony – imci Jakuba Mielżyńskiego, spółpossessora, z imcią Wierzbowskim, sioła Orle, oraz nadobną białągłowę, panią Mostowską, dziedziczkę wioski Plemięta, gdzie gródek rycerski straszy duchami, naszymi i krzyżackimi, co się w piętnastym natłukli tutaj wieku. Może i my niezadługo z potomkami dawnych Krzyżaków, imieniem Króla Jana, tłuc się będziem?… Razem kompanija cała przygodna do Żyda się udała, ile że zastaw każde z nich miało, i to niemały. Takie czasy, pieniądz w cenie jak nigdy. I to on, a raczej jego niedostatek, nie nowa wojenka, obmiotem jest codziennych rozhoworów. Zda się, nici z pruskiej będą wyprawy…

Miasto Łasin nie podniosło się dotychpor po wojnach i biedach inszych. Gdzież te dawne, sprzed pół wieku, cechy tuteczne – piekarski, krawiecki, kołodziejski, szewski, kuśnierski i kowalski, gdzie handel, gdzie wozy towaru pełne? Teraz jeno każden każdemu pieniądz winny, sami tylko wierzyciele i dłużnicy. Rolnictwo mizerne, rzemięsło zarównie…

Co będzie z Rzecząpospolitą? Co z pruską sprawą Majestatu? Z czym wrócimy?…

Pojachali my dalej na oriens, zaczym ku jugowi wykręcili, bo szarzeć z wolna jęło, ku cylowi podróży dzisiejszej. Via Szonowo i Lisnówko, gdzie limes elektorski znów nas przyjął w zimne swe ramiona i gadkę zmienić musielim na mniej buntowniczą – aż do jeziora Lisnówek i… i do majaku stacji PKP Szarnoś. Tak, właśnie tutaj. Otwiera się studnia czasu, duch mistrza Wojciecha-Adalberta, ponadczasowy, zapala światła w widmowej poczekalni, w upiornym schronisku drużyn torowych, na mieszkalnym pięterku zmór, w kuchni strzyg, gdzie grobowo trzaskają polana w żeliwnej kozie… A gdy ten zegar stary, co już od lat, wygrywa swe kuranty, ogłosi północ, wtedy rozpoczniemy pogwarki do białego rana. O tym, co było, i o tym, co będzie. Tylko nie o tym, co jest. Bo tego przecież, jak wiadomo, nie ma.

Nie ma również i nas. Ale, zaręczam, niebawem znów się pojawimy…

1 Ob. Biskupiec Pomorski.

2 Ob. Kisielice.

3 Kategorie ludn. Prus. Lemani (wybrańcy, miles selecti) i tzw. kelmerzy to wierzchołek chłopskiej drabiny.

4 Mapa z roku 1680, ale co tam!

5 Ostróg.

6 W 1700 r. folusz zostanie zniszczony, a w 1753, nocą, zarządca starostwa Karczewski zburzy i karczmę.

7 Do starostwa Pokrzywno należały: Fijewo, Grabowiec, mennonicki Nicwałd, Okonin, Węgrowo, Wiewiórki i mennonickie Skarszewy.