DZIEŃ PIERWSZY, CZYLI
WCZESNOŚREDNIOWIECZNY PONIEDZIAŁEK
ALBO STWORZENIE I OKRZEPNIĘCIE
ZIEMI GRUDZIĄDZKIEJ

 

Na początku były chaos i wędrówka ludów, okres mroków poprzedzających naszą lokalną Książeczkę Genesis. Czasy archeologicznej prehistorii, raczej łotrowskie niż łotrzykowskie, na które spuścimy tu zasłonę milczenia. I nagle, gdzieś w VII wieku naszej ery, u progu okresu plemiennego, nad ziemią nazywaną dziś dość nieformalnie grudziądzką zabłysło pierwsze światełko Historii przez duże „H”. W ciągu trzech kolejnych stuleci uformowało się słowiańsko-pruskie pogranicze, a najcenniejszą pozostałością tamtego okresu są grodziska – miejsca po licznych grodach. Dwa kolejne wieki, jedenasty i dwunasty, epoka umacniania państwa polskiego i zwierania obronnych szyków przez zagrożonych Prusów, to czas narastającego napięcia na zapalnym pograniczu etniczno-religijnym. Na styku dwóch światów, lechickiego i pomezańskiego, rozdzielonych trudno dostępnym nurtem Osy.

Poczujmy się jak piastowski a może pomezański woj, mężny drużynnik dzielnicowego księcia czy witting pruskiego kunigasa. Na pograniczu dawno skończył się chwiejny pokój, naruszony po raz pierwszy Anno Domini 1015, kiedy Bolesław Chrobry zepchnął żywioł pruski za linię Osy. Odepchnięci ku północy Pomezanie dawali Lechitom spokój jeszcze przez kilka dziesięcioleci. Nastał jednak burzliwy wiek dwunasty. Stulecie, które tak gorzko smakowało sypiącym się do zupy tynkiem Brunonowi Wątpliwemu, królowi z genialnego filmu Jabberwocky grupy Monty Python.

Wykorzystajmy ten trudny czas na rekonesans. Jesteśmy… hm, trzeba zdecydować… Powiedzmy, dziesiętnikiem z drużyny nowego księcia princepsa Bolesława Kędzierzawego, pana na Krakowie, Mazowszu i także na związanej z nim Ziemi Chełmińskiej. Na imię mamy Wojsław. Trwa rok Pański 1147, gorące lato w pełni. Bo tylko latem, wczesną jesienią lub zimą, po skuwającej bagna i rozlewiska zmarzlinie, można się było skutecznie przemieszczać. Niestety – dotyczy to także coraz bardziej zaczepnych Pomezan. Otrzymaliśmy zatem misję patrolowego objazdu grodów zapalnego limesu – pogranicza. Są od siebie oddalone o 4-5 kilo… Nie, nie, co też nam chodzi po głowie: o jedną horę spokojnej konnej jazdy. O kilka stajań czy z górą pół mili, tak brzmi znacznie lepiej. Punkt startowy to nadwiślański gród w Grudziądzu, wymieniony po raz pierwszy w tegorocznym dokumencie, który historycy znajdą po wiekach. Na czele oddziałku nielichych rębajłów, spragnionych kufla chłodnego piwa, kęsa pieczystego i wiadomych uciech cielesnych, ruszamy stępa na południowy wschód, czujnie wypatrując pomezańskiego podjazdu. Z czasem, zależnie od stopnia trudności terenu i stanu traktów, przechodzimy w lekki kłus lub nawet galop. Albo… dociskamy pedał welocypedu bądź – zmieniamy bieg w naszym wehikule czasu.

Przed nami wyrasta oto pierwszy z gródków . To Pokrzywno alias Copriven, na razie jeszcze bez ceglanego „anielskiego” zamku Engelsberg, który za ponad sto lat wzniosą tutaj niemieccy rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach. Teraz, chwała Najwyższemu, próżno ich wyglądać, choć w razie pruskiej inkursji… Eh, wtedy może by się i zdali. Popas, oddział z koni, rozkulbaczać!

Skryta w wilgotnych chaszczach dróżka do grodu mozolnie pnie się pod górę. Zbroje uwierają, płynie pot, konie niecierpliwie parskają i rżą. Mimo upału ta wylęgarnia komarów nieźle daje nam się we znaki. Wreszcie – szczyt wzgórka! Uff, można zaczynać ocularis inspectio, naoczną inspekcję. Gdzież, u licha, dowódca i szczupła załoga?… Ach, drzemią w cieniu, nie dziwota… No, chłopaki, zdawać duchem relację. Nic?… Spokój?… To i dobrze.

Nie niepokojeni od pogan, składamy szczyry dank Stwórcy ziemi grudziądzkiej i jej przyległości zwanych światem, po czym ostrożnie, by nie ochwacić koni, zjeżdżamy na dół i obieramy kierunek na sławny Rezin-Radzyń. Wreszcie – jest! Na niewielkim wypiętrzeniu tkwi charakterystyczna drzewnianna konstrukcja. Zajmuje najwyższą partię półwyspu Jeziora Zamkowego, które pochłoną dzieje, zostawiając ledwo zauważalną tafelkę zanikającej wody. Co za potęga! Wał z poukładanych przekładkowo bierwion sięga czterech sążni – zatem jakichś czterech chłopa – gród otacza uzupełniająca jezioro fosa. A jaki ruch, ilu ludzi kręci się po obronnej osadzie, ile dźwięków, zapachów, zgiełku… Gdyby wiedzieli, jak mało mają czasu! Wszystko przepadnie z kretesem za pół wieku, w trakcie natężenia walko polsko-pruskich. A potem – potem już tylko potop. Krzyżacki.

Zmierzamy teraz spokojnym kłusem – z dala od pruskiej granicy, pewniejsi siebie i bezpieczni – na południowy zachód, do przyszłych Gawłowic. Dopiero sołtys Gobelin z czasów krzyżackich da wiosce nowe miano. Obecne kryje całun historii. Nie wnikając w toponomastyczne zawijasy dziejów, penetrujemy chaszcze na omywanym bezimienną rzeczułką pagórku. Widać dookolny wał, sięgający półczwarta sążnia, drewniane umocnienia, krzątających się ludzi – od załogi wojskowej, pozdrawiającej nas z daleka, poprzez garncarzy, kowali, szewców i bednarzy – aż po ruszających w znojny polny trud żeńców. Tak, tak, czas na żniwa. Ochronimy łany zbóż i pochylonych nad sierpami rolników przez pomezańskim napadem. Cóż, przed panem, świeckim i duchownym, ani przed lejącym się z nieba skwarem, nie damy rady. Ani, rzecz jasna, przed smokami.

Podumawszy nad losem formalnie wciąż wolnych chłopów, ruszamy na północny wschód. Oczy łowią gródek na wzgórzu, później znany jako Gołębiewko. Wokół płynie dość głęboka fosa. Gródek strzela wysoko w górę, na wieńcu wału krząta się i pozdrawia nas dzielna załoga. Nie, nie, Pomezan tutaj nie widziano. Niestety, zimnego piwa i my byśmy się napili, pieczystego pojedli, a mamy tylko wystygłą kaszę i prażony groch. Dziewki? No nie, żartujecie chyba… Kto żyw, w polu. Powodzenia.

Wędrujemy na północ do Boguszewa, gdzie szybko wizytujemy prastary gród, jeszcze z czasów kultury łużyckiej, teraz przebudowany, potem na północny zachód do brzegu Jeziora Mełno. Nikt, naturalnie, nie słyszał tu o żadnym Jagielle i pokoju z przyszłości, z roku 1422. O nadjeziornym grodzie – owszem. Starym, jeszcze z IX wieku. Stoi sobie w gąszczu, chroniony od pleców przez jezioro, a od drogi przez bagno. Trzeba uważać, bo wciąga. I zamiast marzeń o gorących dziewuchach – którym oddaje się przecież każdy wojskowy oddział – będą harce z rusałkami-topielicami, wiekuiste, brrr… Omiatamy z daleka koronę wału, machamy, woje odmachują. Nie ryzykujemy przeprawy mokradlaną groblą, mocno nawilgotniałą po lipcowych deszczach, pełną komarów i wszelkiego bagiennego utrapienia. Wprawdzie w nasuwającym się do oczu matriksie XXI wieku bagna dawno wyschły, krzaki na grodzisku, miast walecznych Pomezan, kuszą jedynie kochanków, a na liście ewentualnych niebezpieczeństw widnieje co najwyżej poślizg na dorodnym stolcu, ale cóż. W naszą podświadomość z bulgotem wchlupało się zasnute oparem mgły odwieczne prabagno Rezina. Miejscowy Avalon. I tej wersji, na razie, będziemy się trzymać.

Trzymaj się bagna! To dobry okrzyk na pożegnanie. Jakże wieloznaczny.

Trawersując pola uprawne i pastwiska, osiągamy uczęszczany i rozjeżdżony gościniec. To trakt z Wielkopolski do Prus przez brody na Osie. Teraz wszakże naszym celem etapowym jest Gruta, gródek malowniczo rozłożony na naturalnym wzniesieniu między dwoma jeziorami, później znanymi jako Wielkie i Księże. Ze wzgórza rozciąga się wspaniały widok. Schodzimy nad wodę. Gród wyrasta na dobre siedem i pół sążnia ponad lustro jeziora, doliczmy tedy jeszcze parę sążni na wał ziemny i palisadę. Dokalkulujmy stromiznę zboczy, zwłaszcza od północy i zachodu. Dołóżmy fosę rozprowadzającą wody jeziorne wokół całości założenia. Potęga! Prusowie nie mają tu czego szukać. A my, proszę załogi? My szukamy. Sami wiecie. Że co? Piwa nie dowieźli, a one… Próżno niuchać po chatach, wyszły w pole z żeńcami. Żniwa, panie dzieju.

No to chlup – i na Słup. Porechotawszy z żołnierzami z koszarowego szpasu (oj, przepraszam, terminologia germańska jeszcze tu nie nadeszła), otarłszy wąsiska z naprawdę ostatnich wytrzęsin skisłej piwnej cieczy, pomstując na brak karczem, brniemy twardo na północny wschód. Szlakiem Chrobrego z roku 1015, kiedy to wbito w nurt Osy graniczne piastowskie słupy. A może wbito je w wierzchołek grodowego wzgórza, kto wie? Przecinamy skrzyżowanie traktów w wiosce Słup. Droga wiedzie dalej nad samą rzekę. Robi się niebezpiecznie, ślina schnie w gardle, pacierze przebiega potliwe mrowie. Czas by do kąpieli, wszak w powszechnej historii smrodu nie nadszedł jeszcze średnio brudny renesans i arcyniedomyty barok, wobec czego woje łakną – z braku innych – pieszczoty chłodnej wody. Pić się tego nie da, wiadomo, obłęd i gorączka nikomu nie w smak, ale orzeźwić i przegnać złe wonie zdecydowanie warto. Tylko te prawdziwe i domniemane, urojone w nagłym lęku lub realnie obecne, wypatrujące zza rzeki oczy… Dziesiątki, setki par oczu… Uff, odrzućmy niegodną konnicy bojaźń. Pomezanie nie zaatakują u brodów Osy, byłoby to z ich strony czyste szaleństwo.

Chociaż… Czy nie do szalonych świat należy? Czy ociężali od żelaznych zbroic i takiegoż oręża, udręczeni upałem i patrolowym znojem chrześcijanie nie są łatwym łupem dla chyżych, odzianych w nabijane ćwiekami skóry i wyposażonych w zwinniejsze konie Prusów zza Osy, z sąsiedniej krainy Rezin? Z Zaosia bynajmniej nie Mickiewiczowskiego. Wyrżnąć zmęczony patrol, puścić się wygodnym duktem na prapruskie, wyrwane przez Lechitów wygony! A nuż nastała pora na połączenie rozdartej ziemi Rezin w jedną całość, zdolną oprzeć się i książętom piastowskim, i chodzącym własnym ścieżkami Pomorzanom i…

Kto jeszcze może zagrozić Pomezanii? Chyba tylko pruscy pobratymcy, więcej nikt.

Docieramy w rejon przyszłego Słupskiego Młyna i lekceważąc ryzyko, spragnieni i zakurzeni, rozkulbaczamy konie. Pędem do wody! Trudno, może widok naszych wypiętych na północny brzeg, pucowanych pośladków, buńczuczny i zaczepny, odstraszy inkursorów. A jeśli nie… Legniemy na polu chwały, każdy z malowniczo sterczącą strzałą. Gdzie, wiadomo.

Czyści i pokrzepieni popasem, zrządzeniem Opatrzności cali też i zdrowi, ruszamy traktem na południowy wschód, przez Linowo do Świecia nad Osą. Oczekują tam naszej nieoczekiwanej inspekcji załogi aż dwóch obronnych gródków, z których drugi, leżący nad Osą koło Mędrzyc, będzie potem różnie klasyfikowany – a to jako stanowisko archeologiczne „Świecie II”, a to jako gród w Mędrzycach. Które to Mędrzyce i tak mają swój gród, ale mniej znany, natomiast za gród mędrzycki uchodzi wspomniane wcześniej „Świecie II”. By rozwikłać owo quiproquo, owoc klasyfikacyjnych szałów panów archeologów, konieczna jest więc nasza dwunastowieczna wizytacja i wyjaśniające rozmowy z szefami wszystkich trzech placówek terenowych. Do dzieła!

Stop, jesteśmy już za wioską Świecie, u stóp bezdyskusyjnego grodu „Świecie I”. Na szczęście nikt tu nie zawraca sobie głowy numeracją, a jedynie – po staremu – brakiem chłodnego piwa i bolesną kwestią uporczywego niebytu oddelegowanych w pole dziewek. Pomezan ani widu, ani słychu – i bardzo dobrze. Spieszeni, z rumakami prowadzonymi za uzdy, pniemy się na grodowe wzgórze wyrastające w pobliżu ujścia Lutryny do Osy, by z wysokości zlustrować okolicę. Oblewa nas pot, ale wreszcie, gdzieś na poziomie czternastu sążni, osiągamy bramę w fortalicji i wkraczamy na majdan, witani przez dowódcę załogi. Prócz zbrojnych, na przylegającym od południa niższym, ale także obronnym podgrodziu, mieszka tutaj ludność cywilna. Dziewczyny, zrazu zalęknione najściem groźnych rębajłów, odciągają nas w końcu od obowiązków i wiodą roześmianym korowodem po dolnej osadzie, zalotnie strzelając oczami i szepcząc sobie wzajem do uszu nieprzystojne komentarze.

Życie tętni wokół nas i kipi dziesiątkami nut, barw, form, obrazów i woni. Bo też i Świecie to nie tylko schronienie na czas zagrożenia, to dobrze rozbudowana wioska obronna. Szalejące dzieciaki co rusz wywołują awantury ze statecznymi niewiastami, a to strącając w zaschłe błocko gliniane przęśliki i takież prażnice do suszenia ziarna, wraz ze skórzanymi mieszkami na zboże, a to miskę czy dzban, a to rozrzucając w pędzie, w akompaniamencie śmiechu i docinków, ułożone pracowicie przez kowala i płatnerza żelazne akcesoria. Lecą szalki do wag, okucia łopat, podkowy, kabłąki do wiader, sprzączki. Z chrzęstem zsuwają się ze stosu nożyce, półkoski, gwoździe, ostrogi, groty i toporki. Zaciekawieni, przystajemy obok grupki podekscytowanych młódek z rozpuszczonymi włosami zdobnymi w wianki lub zaplecionymi w warkocze, wśród których tłoczą się niecierpliwie mężatki. No jasne! Na straganie króluje „AGD” plus damskie ozdoby i świecidełka. Ręce kobiet sięgają po kościane i rogowe szydła, grzebienie zdobne zwierzęcymi motywami – zupełnie jak niegdyś u Scytów, skroniowe kabłączki, szklane, ołowiane bądź bursztynowe kolie, diademy, bransolety i pierścionki. Tu i tam dłoń, zostawiwszy w kramie kurę czy łownego kota, z rzadka monetę, cofa się triumfalnie ze zdobyczą. Kaganek na oliwę. Oścień dla męża-rybaka, czyhającego co dnia na łup w nurcie Osy albo Lutryny. Krzesiwo z hubką. Dzwoneczki przyszywane do odzieży, ot, dla figlika. Jest i krzyżyk wysadzany bursztynem, wielka raritas, zaprawdę…

Bywajcie, kuszące dziewoje-przewodniczki, do następnego razu! Omiótłszy wzrokiem składane właśnie do ziemianek-chłodni upolowane dziki, sarny i potężnego tura, wracamy, krótko i służbowo, na górę, do wnętrza fortalicji. Na pogawędkę z dowódcą, mężnym Piotrem z Mędrzyc. Jak twierdzi, gród zasiedlono już w X wieku, a ostatnio, z powodu wzrostu aktywności podjazdów pruskich, wzmocniono. Oceniwszy, że wszystko w najlepszym porządku, schodzimy na trakt, trąbimy wsiadanego i po krótkim kłusie na północ, początkowo w odkrytej przestrzeni, następnie przez gęsty las, osiągamy „Świecie II”, nowy gródek, zaledwie tegowieczny. To porośnięte drzewami wzgórze po lewej, na wysokiej krawędzi doliny Osy. Znakomity strategiczny punkt obserwacyjno-obronny, zatem charakter osady jest tu wybitnie militarny. Dokonujemy szybkiej odprawy załogi, sprawdzamy czujki. W każdej chwili może przecież nadejść pogańska hurma. Dyskretnie wyciągamy z sakiew rozprawkę o świeckich i mędrzyckich grodziskach, jedynych opisanych tak dokładnie przez ichmościów archeologów, by zweryfikować stan faktyczny z ustaleniami pp. Andrzeja Koli i Ryszarda Boguwolskiego. Na szczęście nikt z żołnierzy nie widzi naszej niecnej manipulacji studnią czasu. Niekiedy jednak trzeba rozrzedzić gęsty pył kwantowy i poprzez tunel dziejów udać się na krótki rekonesans poznawczy do innej epoki. Byle nie oskarżyli nas o czarnoksięstwo i nie donieśli, komu nie trzeba.

Żegnamy dowódcę i forsujemy brody na Osie. Skręcamy na wschód i wkrótce mijamy majaczący na lewo od traktu ponadczasowy fantom stacyjki kolejowej Scharnhorst-Szarnoś.

W miejscu przyszłej wsi Lisnowo upewniamy się ponad wszelką wątpliwość, że rację mają badacze niewierzący w istnienie przed późnym średniowieczem tutejszego grodu. Owszem, powstanie tu mała fortalicja obronna, ale dopiero za rządów Krzyżaków.

Na koń, mości panowie, czeka nas długa, uciążliwa końcówka patrolu. I najbardziej niebezpieczna. Ruszamy hen! daleko na północ, na zapalne pogranicze, tam, skąd wielu nie wróciło. Głęboko za linię Osy, do której najchętniej zepchnęliby nas koledzy Pomezanie. Utrudzeni, ale mężni, karmiąc z ręki konie „pożyczonymi” tu i tam jabłkami, objeżdżamy Jeziora Szańcowe i Lisnówko, by późnym popołudniem rozprostować kości nad Jeziorem Nogat, pod grodem sterczącym w niebo opodal przyszłej wioski Schönwalde vel Szynwałd. Kawał drogi, zapuściliśmy się pod sam nos pruskiego sąsiada. Znów mrowienie w krzyżu, ale cóż, taki to los zwiadowców. Mamy okazję zwizytować i na zapas obsztorcować zaspanych strażników z najbardziej na północ wysuniętego, kluczowego w razie ataku umocnienia.

Gród pięknie wkomponowano w trójkątny półwysep północno-zachodniego akwenu jeziora. Imponują wysokie na sześć-siedem sążni wały. Ale zaraz, zaraz! To jakaś opuszczona ruina! W doszczętnie spalonym grodzie hula wiatr, żywego ducha… No przecież! Zaglądamy do przemyconych z innego świata materiałów i czytamy: kres istnienia osady to schyłek XI lub początek XII wieku! Jak pisze kronikarz , wróg „wdarł się jak lew krwi spragniony (…) I brak mi po prostu słów, jak straszną rzeź sprawił wśród tych, którzy stawili mu opór, i nikt by nie potrafił dokładną cyfrą określić tysięcy zabitych (…) a mało który ocalił życie ucieczką (…) Tak wielki był tam rozlew krwi, iż nikt nie mógł inaczej przejść (…) jak brodząc we krwi i po trupach, a cała rzeka (…) nabrała raczej barwy krwi niż wody rzecznej”. Dziejopis przesadza z tymi tysiącami, ale jednak. Gród leżał zbyt daleko od pozostałych, skazany na wieczne czuwanie i permanentną walkę. Pas ziemi buforowej ma swe brutalne prawa. Przyjdą kiedyś Krzyżacy i po nowemu rozwiążą problem pogranicza, przenosząc je po prostu coraz dalej od Ziemi Chełmińskiej, na północ i wschód. Ogniem, mieczem i przy okazji krzyżem.

Pożegnawszy smutne, choć malownicze rozwaliska, docieramy nad leżące bardziej na zachód Jezioro Kuchnia. Oczom naszym ukazuje się opustoszałe grodzisko koło przyszłej wsi Schönbrück alias Szembruk, rozłożone na urokliwym półwyspie w południowo-zachodniej części  jeziora. Ślady bytności ludzkiej są tu starsze, od półtora stulecia nikt w grodzie nie mieszka. Teren porósł lasem kryjącym spalone w toku walk z Pomezanami resztki fortalicji. Eh, pogranicze. Nijak tu się utrzymać w drewnianych szańcach. Bez cegły i kamienia ani rusz.

Dla dobra sprawy palimy cudem ocalałą w nadjeziornych zaroślach szopę z okolic roku tysięcznego, niemego świadka chwalebnych czasów zjazdu w Gnieźnie. Niech sobie nie myślą rozhukani poganie, że znajdą w niej przyczółek do ekspansji na południe i do połowu naszych schrystianizowanych ryb. Nazwa jeziora brzmi smakowicie i może skusić.

W pocie ludzkich i końskich czół, poobcierani od misiurek, nękani przedwieczornym najazdem komarów, udajemy się na południowy zachód, do miejsc nazwanych w przyszłości Rogóźno i Kłódka. To już ostatnie grody do wizytacji, brakuje nam sił na fortalicję koło późniejszej wioski Mokre, leżącą na północ od Grudziądza. Wierzchowce, co rusz grzęznąc po brzuchy we wszechobecnym błocku, padają ze zmęczenia i zaraz się ochwacą, a ludzie, pozbawieni uczciwego jadła i napitku, zaraz wzniecą bunt i wydadzą okrutnego dowódcę Pomezanom. Będzie jak znalazł na wieczorną ofiarę całopalną. Sunąc kopyto za kopytem, nie podnosimy wzroku na rogóźnieńskie wzgórze, gdzie w zapadających ciemnościach drzemie obwałowana osada, tym razem cywilna, choć z wojskową załogą. Dość wrażeń na dziś.

Ledwo już ciągnąc, w drodze powrotnej do Grudziądza mijamy teren wsi Kłódka. Owszem, jest tu warowny gródek z załogą, ale odpuszczamy chłopakom. Mamy potąd, a pogranicze z wolna się oddala. Czas na wieczorną ucztę i podsumowanie wrażeń. No i na raport dla księcia princepsa Bolesława Kędzierzawego, który muszę wysmażyć tej nocy. Niech imię Wojsław dobrze wbije się w pamięć władcy. A jutro wtorek, Dzień Wtóry. Nie wiecie tego, co wie wasz dowódca. Ziemię grudziądzką czeka wejście krzyżackiego smoka. Uff… Trzeba porządnie wypocząć przed nowym natłokiem wrażeń.