DZIEŃ WTÓRY, CZYLI PÓŹNOŚREDNIOWIECZNY WTOREK

ALBO WEJŚCIE I ZIANIE OGNIEM KRZYŻACKIEGO SMOKA

 

Entschuldigen Sie, wasze miłoście, że się nieinwitowan prezentuję. Jam jest Georgius Falck alias Jerzy Sokół, biegły mistrz budowniczy Zakonu naszego. Wezwał mię do się sam świątobliwy komtur Burgu, to jest zamku Graudenz alias Grudziąż, Adalbertus von March und Löwe. Mówią, żem wymyślon od authora niniejszego traktatu, podobnie jak i komtur Adalbertus, aleć to brednia wierutna, ile żeśmy sami go o to prosili, by nas na karty swoje powołał. Nie po to wszakże, iżby na rejzę iść krwawę. Eh, łza się w oku kręci, nie masz ci już rejz na pogańce, boć rok mamy Pański 1422. Porę wprawdzie zimowę, grudzień, lody bagna i rzeczki skowały, czas na rejzę byłby dobry, ale niestety. Od wojny niedawnego zakończenia, tej, co ją potem golubską nazwą, a co dwoje trwała roków, traktatem nad Jeziorem Mełneńskim 27 septembra świeżo zamkniętej, pokój mamy i nudę okrutnę. Nici już z ogniem i mieczem… to jest z Krestem i Ewangeliją nawracania, boć każden tutaj dawno od Zakonu naszego nawrócon jako ta Pańska owieczka, że ani o starej wierze nie piśnie, tak go bojaźń Boża obleciała. Wezwał mię świątobliwy komtur tedy, iżbym zamczyska tuteczne porządnie piórem doświadczonego budowniczego deskrybował. Słychać bowiem, że sam nasz Wielgi Mistrz, wojną z Polaki i Litwiny przygnębion, warownie zakonne opatrzyć i załatać nakazał. Stąd i moja skromna persona w zbożnym onym dziele. In Nomine Patris ergo, durch Jesum Christum, unser Vater, nie bez Ducha Świętego auxiliów, amen. Zaczynam.

Nim konia wszakże osiodłam i do knechtów mi przydzielonych dołączę, o Grudziążu nasamprzód słów przygarść złożę, iżbyście o Burgu i mieście warownem wyobrażenie jakoweś posiedli. Stary to gród, pogański jeszcze, na górce nad Vistulą posadowion. Roku 1234, wraz po wnijściu naszem tryumfalnem w Ziemię Chełmińską, drzewnianny zameczek richtig-śmy zbudowali, zasię we wtórej wieku trzynastego połowinie ceglanny, Anno Domini 1299 wraz z kaplicą ukończon. Roku 1338, od wody wiślannej podmyty, osunął się był mur zamkowy, aleśmy wnet co trza naprawili. Po tannenberskiej przeklętej potrzebie anno horribile 1410 Jagiełło, łotr, huncwot i królik pogański krześcijanina udający, do miasta i zamku z wojskiem wtargnął, chwała Panu na krótko. Ale co szkód narobiono, panien nabałamucono… Eh…

Mury miejskie w czternastem-śmy zbudowali byli stuleciu, a niedawno, po głodowej roku 1414 wojnie, wzmacniać jęliśmy, Polaków i Litwinów nowego obawiając się najścia. Najgłówniejszą Bramą jest Wodna, Wasser Tor, z której snadnie w Spichrzową wnijść można uliczkę i w insze miasta zaułki. Nożowników, frantów, niewiast powłócznych, wydrwigroszy, co głodni skojców a brakteatów brzęczących, i wszelakiej miastowej strzec się tu trza hołoty. A jest ci onej niemało popod szynkami i szpitalikami dla nędzarzy, osobliwie pruskiej i sławieńskiej. Boć przecie Niemce w Burgu grzecznie z dziewkami na kolenach… z Bibliją na kolenach siedzą i przechodniów nie turbują, na łotrów i hultajstwo siły ostawując. Które po lesiech a bagniskach, po wsiach a przysiółkach łeb zuchwały furt podnosi i do buntów namawia, do wiary starej i bałwanów przywrócenia. Niepomni swawolnicy, jako to Mikołaj z Ryńska rok po tannenberskiej jego zdradzie, kiedy z chorągwią chełmińską ataku na hufce Jagiełłowe odmówił, od kata na grudziążkim skończył był rynku. Ale, ale, toć jam o mieście i spichrzach prawić począł. Spichrze niektóre już ci stoją, a więcej z czasem postawim, iżby potomni widok z dołu mieli godziwy, gdy nad Wisłę wozami zajadą. No, to tyle o spichrzach. Ku południowi, we wsi Rządz, folwark zgrabny urządzilim, iżby Burg und Stadt świeżuchny zawżdy miały prowiant i koniom spyżę. Niefortunne to dla nas miejsce. Roku Pańskiego 1243 Swantipolk pomorski, wcześniej na bagnie Rezyna naszych podstępnie wybiwszy, cale tam i do szczętu wojsko zakonne wygubił, zaczym w Pomeranię skroś Wisłę czmychnął, od nikogo nie gabany. Do dom nach Dantzigk jadąc, śmiał się pewnikiem zbój podły, spichrze nasze piękne zza Wisły bezpiecznie admirując. Wtóry od południa folwark Biały Dwór. Od północy zasię inszy mamy Vorwerk, w Dusocinie, daleko za miastem, gdzie służebni nasi rolnicy za pługiem chodzą, kantyczki pod batem… pod niebem wyśpiewując. Za daleko na personalnę inspekcyję, zresztą rządca dobry tam siedzi, przy tem medicus przedni Ludwig von Rydygier. Hm, a możem i co podbarwił, mniejsza o imiona.

No, dosyć, czas mnie i knechtom przydzielonym do Engelsburga, zamku do oględzin pierwszego. Prawda, kirchy… Kościołów opisować nie będę, ile że dopiero w niedzielę wnijść do nich można, kiedy missa odprawowaną będzie, a dzisia wtorek Pański mamy zaledwie, stworzenia Dzień Wtóry. Jak adoracyi ustawnej Najświętszego Sakramentu przypadkiem gdzie nie masz, wnijść niepodobna, bo proboszcze na klucz kirchy zatwierają i ciekawskich precz gonią. Also, meine Cameraden, vorwärts! Cóż, komtur prerogatywy swoje na mię dziś spuścił, ergo słuchać macie. Rozglądać mi się dobrze i hultaje a buntowniki wszędy tropić.

Brrr, zimnica, dobrze, że śnieg sypać przestał i coś więcej krom nosa własnego okiem złowić sposobność. Owoż i Pokrzywno… hm, studnia dziejów mię dopadła… jest Engelsburg, inaczej Mons Angelorum, zamek chędożny, z trzech części złożon. Uff, prędko zajechalim, co nie zawżdy się trafia. Toć zamki i o dzień cały konnej albo wozowej oddalone bywają jazdy. Byle jeno przed nocką w furtę zakołatać i od grassantów niewdzięcznych za trud nasz zbożny głowę ocalając, w piernatach miętkich ją skłonić, winem wprzódy hojnie nasączywszy, jako Ewangelija każe. Cóż, dzień ledwie zaczęty, obowiązki wzywają… O, Kuno ku mię zdąża!

– Pomagaj Bóg, bracie Kunonie, co też w Engelsburgu nowego? Nuda się sączy?

– Bóg pomóż. Oj, sączy, mistrzu Georgiusie, sączy srogo. Więtszej być nie może…

– He, he, znaczy bab… ksiąg nabożnych zbrakło, co? Winka też niedosyt i do rżnięcia baranów. Eh, i ja porżnąłbych… na wiarę prawdziwę ponawracał, boć skoro już pro fide wyrzynać, to przy okazyi i mięsiwa, i tych, hi, hi… wiesz sam, kogo jeszcze dobrze naciąć…

Pogwarzylim sobie chwilkę z Kunonem i do roboty. Najsampierw Hochschloß, górny zamek przewąchać, jak Wielgi Mistrz Paul von Russdorff rozkazał, potem średni przeniuchać i na ostatek Vorschloß, przedzamcze. Sprytnieśmy, powiadam wam, Anielską urządzili Górę. Zrazu z drzewna, a po 1278 roku murowaną. Sześćdziesiąt lat prace trwały, aż Anno Domini 1335, wraz z kaplicą, wszytkośmy ukończyli. Jagiełło po Tannenbergu na krótko tu wlazł, Dobka z Oleśnicy na miejsce komtura wciskając, aleśmy go precz popędzili i roku 1416 komturstwo tuteczne znieśli. Odtychpor wójt z Rogóźna Engelsburgiem rządzi, a Kuno go zastępuje. Dla Adalberta wszak brat to w komturstwie, jeno co głośno mówić o tym nie może, bo by się wójt rogóźnieński nań rozeźlił i do Marienburga za dużo wypaplał.

– Mistrzu Georgiusie, na obiad do średniego prosiemy zamku!

Oho, tak też i myślałem. Zamek przyzwoicie się prezentuje, szkód wielgich nie widać, jeno cegieł drobne ubytki, tedy czas na posiłek. Najsamprzód zajdziem tedy z knechty popod murek, ile że wojsko postój na folgowanie pęcherzowi mieć winno, a po zamkach krzami obrosłych sikanie najlepsze. No, przejdę teraz, spieszony, konia słudze ostawiwszy, bramnym budyneczkiem w dół. I jużem w Mittelschloß, znaczy w średniem zamku. Z lewej spichrz widzę, cale dobrze opatrzony, z obu zasię stron majdanu skromne dla mnichów pomięszkania. Bo rządcy obszerna kownatka w Hochschloß urządzona. Dziedziniec następna brama zamyka, do przedzamcza. Stwierdzam, że budowle wszytkie porządne i całe, mogę przeto odpocząć.

Ciepło w refektarzu, przytulnie. Smolne szczapy goreją, na stołach jadło z kuchni wniesione. Siądę przy stole dla dostojnych, jako gość i ważna persona. Obok widzę stół dla panów, gdzie bracia-rycerze i bracia-kapłani śniadają. Nowicjusze stół dla młodych panów rojnie obsiedli, a w refektarza kącie samym, wokół stołu dla służby, bracia służebni milczkiem pałaszują, by mlaskaniem i hrubym obyczajem starszyźnie impedymentów nie czynić. I ta zresztą milczy, takie bowiem w Zakonie naszym prawo i takowy zwyczaj, że jeno wybrany spośród braci-kapłanów lektor pobożne przy jedzeniu czytuje z Biblii lub żywotów świętych ustępy. Rozmową zabawiać się można wonczas jedynie, gdy lektora w konwencie nie masz. A i to cichuteńką.

Szczęściem dzisia nie pościemy, to i obfitość strawy wszelakiej dopuszczona. Chleb, jaja, ser, ryby świeżo spod lodu złowione. To zwykły, codzienny nasz obiad. Ale widzę, że na moją cześć i pieczyste na stół wjeżdża, a za nim i wety rozmaite! I, dzięki Ci, Panie, za Twą hojność, wino! W końcu trunek to chrześcijański, trochę tedy sobie pofolgujem. My. Cóż, o naszym jeno stole opowiadam, na pozostałych ryba ledwie z czarnym chlebem i piwo.

Pojadłem za trzech, uff… Baranka kawał z rusztu, gęś, królik, kuropatwy, soczewica, groch, kasza, wina stągiew, frukta kandyzowane, anyżowe cukierki. A wszytko to na jeszcze więtszą chwałę Pana Naszego i Salwatora a oraz i Matki Jego zawżdy Dziewicy, ame…eeen.

Psiakość, za wiele tego jadła, czas mi je po traktach i bezdrożach z brzucha wytrząść!

Żegnamy się z gospodarzami i ruszamy przedzamczem, gdzie stodoła wielga i insze gospodarskie budynki. Imaginuję sobie, jakby to śmiesznie było, gdyby po wiekach skrót przez zamkowe pozostałoście ktoś sobie uczynił, przedzamcze od zamków obadwu odcinając. Rozwaliska, trakt środkiem… I może jeszcze pęcherzowi a kiszkom upust włóczykije w pokrzywach dawać poczną? Pokrzywy po nas jeno ostaną? I głuchy śmiech pokoleń? Tfu, oby chocia miano ostało. Bo, po prawdzie, samiśmy one pokrzywy chwacko byli uryną popodlewali. Sekretne zamkowe kownatki, potrzebnicami zwane, ominęliśmy, a to dla woni brzydkiej ustawnie tam się błąkającej. W drogę tedy, jedziem dalej! Na meridionalny oriens.

Owoż i Clement-Plemięta, gródek nasz obronny z przeszłego stulecia, dziś już nieco nadwerężon zębem czasu, ale wciąż stojący i rolę swoją pełniący. Wjeżdżamy do środka, witam wraz knechtów w kolczugach i kapalinach, przystępuję wprawnie do oględzin. Ruszam na górę potężną klatką wschodową. Nazywam takową budowlę konstrukcyją słupowo-szkieletową i powiadam wam, że tutejsza nie ma bodaj sobie równych! Tak, Plemięta i dziś jeszcze najeźdźców odeprą, bez wątpienia.

I pomyśleć, że dwa wieki temu, w trzynastem stuleciu, drzewnianny wonczas gród nie powstrzymał zgrai Jaćwięgów kunigasa Skomanda. Spłonął od sudawskiego ognia, grzebiąc stu mężczyzn wpatrzonych w uprowadzone hen! na Suwalkiję żony, matki, dzieci i kochanki. A może, zdjęci barbarzyńską litością, najeźdźcy poderżnęli im zawczasu gardła? Mało o tem dziś wiemy. Żal serce ściska, ale tak to bywało, nimeśmy się cegłą przed pogany obwarowali. Żal, cichcem to mówię, bom sam de origine Polonus, lubo z Polaki walczyć co czas jakiś muszę, a wszak nie knechty w ogniu poginęli, jeno ludzie zwykli, co tu mięszkali. Prusowie i Polaki. Teraz jeno właśnie ci ostatni zamków i gródków naszych zakonnych dobywać mogą, bo machiny oblężnicze mają, ale żaden poganin nawet nie popróbuje, nadto one warowne.

Opuszczamy Clement i wraz jużeśmy we wsi Dembiniecz, starej bardzo, z gródkiem obronnym zarównie. Gródek drzewnianny, w więtszości rozpadnięty. Nic tu po mię, bom od ceglannych budowli biegłym mistrzem, a takowe rozwaliska niezadługo same się przecie do cna rozpadną. Załogi knechtów tu nie masz, wzgórek pusty stoi, wieś jeno zamięszkała.

Eh, powiadam wam, ciężka i długa zimowa droga do Radzynia. Gruda wszytko ścięła, to i niby gracko, jeno rumaki się ślizgają i ochwacić łacno mogą. Bagno źle, upał niedobrze, wiosenne roztopy kiepsko… Cóż, chyba to przez tę nudę i zamróz, że mię drzaźnić zaczyna i złościć świat dookolny. Ciekawość, co sławny Dytryk Stanko z Lisnowa, praszczur komtura Adalberta osobliwie na Prusów, pobratymców swych cięty, dzisia byłby zrobił? Ciąć kogo nie masz, czas rejz minął bezpowrotnie, to ja drzemkę chocia sobie utnę smaczniuchną, aż popod radzyńskie mury. Hej tam, knechty, jakbym spadać z wierzchowca począł, wraz mię w kulbace de novo usadzać! Verstehen?

No, jest i Radzyń! Zamczysko potężne, zaraz po Marienburgu wtóre – a przecie nim Marienburg powstał, Radzyń najwiętszy był ci w Prusiech. No tak, to Ziemia Chełmińska… Wiem, niezbyt uczciwie-śmy ją od Konrada wzięli Mazowieckiego, dokument letko fałszując. Aleć po prawdzie żadna to ongiś Terra Culmensis była, jeno Rezin, Pomezanów południowe pogranicze. I stąd Radzyń. I stąd, a co tam, prawo nasze niezmywalne do ziemi, tej ziemi!

Tfu, dojadła mi srodze karczma podła przed zamkiem po prawej stronie gościńca! I wam tedy omijać ją radzę. Kiedyś, gdy czas posiłku w zamku radzyńskim nie nastał, a jam okrutnie był wygłodniały, zajechałem tutaj na obiad. Mówię wam, nie warto. Także izdebki na piętrze noclegowne funta kłaków niewarte. Słono sobie liczy oberżysta za te wątpliwe uciechy, insza to sprawa. Dziś przecie na zamku pojem, to go mam w nosie.

Oto już i Otto! Mój stary druh. Tuteczny komtur, ale mię za równego uważa, a co!

– Tak, tak, świątobliwy komturze Ottonie, już cię widzę, już do cię zajeżdżam!

Najprzód skręt w lewo do bramy przedzamcza. Potem kawałek wzdłuż fosy i frontu zamczyska, aże do następnego w lewo skrętu, na most zwodzony. Łups! Z hukiem opada dębowa, żelazem okuta kratownica. Ej, durnie, psie chwosty, do was wołam, strażnicy w samborzu ospali! Toć podnosić na moje macie ją powitanie, nie spuszczać przed nosem jak jakiemu złoczyńcy!

Jużem w środku, rozkulbaczon, po gadce z Ottonem. Rozpatrzmy się tedy po obejściu. Tyleż lat to wznoszono, prawie czterdzieści, od 1281 aż do 1320 roku. Wcześniej pomezański gród Rezin, strzegący przejścia głównego skroś bagna Rezyna, od Chrobrego, polskiego duxa zdobyty. Potem biskup chełmiński Chrystian, roku 1231, odstąpił nam tutecznę włość, a trzy roki później mistrz krajowy Herman von Balka lokował Rehden alibo też Ratzin na stu włókach chełmińskich. Tak, a potem bunt Prusów i jatka straszna na rezyńskiem błocie, anno 1243… Mało kto z naszych ostał, od łotra Swantipolka-Świętopełka i okrutnych jego siepaczy wycięty. Ale nic to. Miasto rozkwitło, bo i roku 1278, i 1285 przywilej mu odnawiano. Ho, ho, piękny był czas. Spichrze zboża pełne, pastwiska żyzne, trzody dostatek, w jeziorach Blizno, Bobrowo i Okrągłym ryb obfitość. Rzeźnicy, sukiennicy, kowale… Zaiste, dobry czas. Aż do 1410 roku, tfu, podła data! Komtur radzyński pod Tannenbergiem zginął, a miasto…

Straszna była niedziela, Domenica 21 septembris roku Pańskiego – a może diablego? – 1410. W dzień świętego Mateusza przyszedł Jagiełło spod Quedinu alias Marienwerderu, rankiem, stając obozem nad Jeziorem Mełno, tym samym, nad którym 27 septembris roku teraźniejszego pokój z onym hultajem odnawiać musielim. Cóż, mówiłem wam po cichu, żem z urodzenia Polak, ale Zakonowi naszemu służę i tyle. Nie ja jeden, o czym wielu z was pewnie nie słyszało. No, do rzeczy. Wnet bój rozgorzał. Dobko onże z Oleśnicy, co go w Engelsburgu Jagiełło w miejsce komtura posadził, rej wodził, bramę podzamcza krusząc, tę akuratnie, skroś którą dzisia wjechałem z knechty. Omal to życiem był przypłacił, omal, eh, szkoda… Za Dobkiem wraz Piotr Chełmiński, za nim kasztelan wiślicki Floryan z Korytnicy, dalej łowczy sendomirski Piotr z Oleśnicy, lubo ranien, szli ku głównemu zamkowi. I musielim na ostatek Radzyń poddać, a zbój Jagiełło, ku pohańbieniu wicekomtura, żywotem obrońców darował.

Prawda, do roboty. Za mną tedy brama podwójna, na wprost dziedziniec krużgankami okolon. Z prawej ogromna kaplica, z lewej refektarz, braci jadalnia. Za refektarzem kownata komtura, za oną dansker, innymi słowy ustronne miejsce alboli potrzebnica. Mniejsza niźli owa wielgachna w Quedinie-Marienwerderze i w Marienburgu, gdzie zapadnię dla różnych takich zrobili, ale też niczego sobie. Z prawej, za kaplicą, kapitularz, sala zebrań, dalej dormitorium – tłomaczyć chyba nie muszę, oraz infirmeryja – szpitalik. Wszytko, miarkuję, przednio opatrzone.

Budowle budowlami, ale na zwykłe życie zakonne też lubię popatrzeć. Cóż, konwent radzyński do najprzedniejszych należy. Prócz braci-rycerzy i braci-kapłanów wielu tu żyje sariantów. Sarianci śluby czasowe jeno składają, pod chorągwie zakonne na krócej lub dłużej się zaciągając, per exemplum na wojnę. Z nich komtur formowuje pieszą infanteryję i lekkozbrojną jazdę. Oni też na przedzamczu w warsztatach pracują, koni doglądają i folwarku. Zgrzebny płaszcz jest im jedynym przyodziewkiem, ergo szarymi ich zwiemy płaszczami.

Półbracia to nasza służba, także czasowe składająca śluby. Uprawiają pola, bydła doglądają. To ci, co jeno połowicę czarnego Kresta na płaszczu noszą szarym. Tam zasię, dalej, dwóch dostrzegam familijarzy. Prości to z gminu ludzie, pod opieką Zakonu żyjący.

Powiem wam też, że i niewiasty u nas służą, w infirmeryi. Różne różności ludziska plotą, ale zapewniam, że w Radzyniu o nieobyczajnych uciechach nicem nie słyszał…

Co to tam za zgiełk, w kapitularzu? Ach, znowu chłostę komuś wymierzają. Pewnie za nieumiarkowanie w jadle i napitku, a może za przeklęctwa. Dla pokutników w murze urządziłem celę pokutną, ciasną i niewygodną. I widzę, że kogoś tam akuratnie wiodą. Gorzej, jak kto zatwardziale nieposłuszny, notorycznie kłótliwy albo wręcz samowolny, noce poza konwentem spędzający w zamtuzach. O, wonczas takowemu płaszcz zakonny na rok odbierają, a to hańba straszliwa. Z służbą żyć musi, a co niedziela chłostę od kapłana odbiera. Najgrubsze zasię przewiny, jako to zabójstwa, zranienia, kradzieże, wieżą się kończą. Ba, nawet wykluczeniem z bractwa, ale by na to zasłużyć, z pola bitwy trza czmychnąć albo się wiary wyprzeć prawdziwej. Wyprzeć się wiary? Nie do wiary…

Teraz pójdę obaczyć, jak się mają urządzenia, którem niedawno był pobudował dla zamku zimowego ogrzania. Sprawdzić muszę, czy wszytko w najlepszym porządku. Piece kaflowe grzeją, dobrze. Zejdę na dół, do piwnicy. O, stoi tu piec wielgi, ogromny, któren ogrzane powietrze do pomięszczeń wszytkich żwawo napędza. Gorąca aeryja pod posadzkami cirkuluje, naprawdę! Moje to, nie chwaląc się, dzieło! Bodaj najulubieńsze.

Na koniec obaczę jeszcze zamkową łaźnię. No tak, balije czyste i chędogie, kamienie i witki przysposobione. Co dwie niedziele kąpiel nakazana, a pomiędzy… Hm, witki do chłosty się nadadzą, a przecie, okrom kar, chłosta nabożna w posty wskazana. O łaźniach naszych także niestworzone opowiadają historyje, o gołych dziewkach, co z wrzaskiem między braćmi biegają, i takie tam… Jak w to wiary nie daję, ale zawżdy znajdą się tacy, którym czerwienieją uszy od onych relacyj słuchania i wymyślania. Boże uchowaj, Krzyżak i rozpusta?… No, w szachy grać możem, ale już w kości gra zakazana. Uciech nieco przecie mamy przystojnych – polowania, uczty, różane ogrody, warzywniki. A brat szafarz powiada, że więtszość braci wodą gardzi i do piwniczki jego nochale z lubością po inszy cale wtyka napitek, hi, hi, hi… No, trochęm się zapędził z tą z wami poufałością. Pomodlę się, chyba już czas.

A jest o co się modlić… O to, by niewiasty z gminu bałwochwalstwa nie uprawiały, dzieciom do kołyski zajęczych uszu nie kładły ani nóżek krecich, iżby błon porodowych mężom jeść nie dawały dla dzieci gorętszego miłowania, by jajek do pierwszej kąpieli nie wsadzały, by źdźbłem słomy dziatwy nie błogosławiły, by pod palenisko czarnej kury nie pchały, by bab leśnych nie wzywały z wieczora, by młódki oddalały od siebie grzeszne myśli, by księżyca i gwiazd nie pytały, by za pomocą pięciu kamieni nie dociekały, kto będzie ich mężem, by mydlinami, owsem i kawałkami mięsa Złego nie wołały, by krwi menstrualnej mężom do pokarmu nie dawały dla amorów podgrzania, by pokrzywy we własnej urynie nie moczyły, by… Eh, siła tego złego, siła…

No właśnie, biją dzwony! Pora na modły, które co trzy hory odprawować musiem. Ja nie muszę, bom gość i w drodze, obowiązkami inszemi zabawny. Nadtom się już akuratnie pomodlił.

– Zatem, drogi mój bracie Ottonie, bywaj! Ruszam ku Mełnu, bagien rezyńskich przepatrować rozlewiska, zali się tam zwierz wściekły alboli stokroć wścieklejszy nie kryje buntownik. Woleybych na Kurzętnik pojechał, jak ongiś pod Tannenberg, klęskę wiktoryją odkupić, eh… Może kiedyś jeszcze w pył i proch niedowiarków onych zetrzem. Z Bogiem!

Omiotłem na odchodnym wzrokiem skrupulatnym miasteczko, bacząc, czyli mury należycie utrzymane, a oraz i kaplicę smętarną świętego Jerzego w czternastym zmurowaną stuleciu. Kościoła nie omiotłem, jużem tłomaczył, czemu. A co do kapliczek smętarnych, żadna dyferencyja, kiedy się tam komu wybierać. I tak zawżdy dla wizytorów zawarte.

Jest, jest wreszcie Jezioro Mełno! Jadę sobie z knechty między wielgim gościńcem a wodą, Grutę-śmy z boku ostawili, wioskę sporą i chędożną, co parafią od trzynastego szczyci się stulecia, a tu hultajstwa ani widu, ani słychu. Niech to licho, że też musiał Wielgi Mistrz Paulus von Russdorff tractatus nowy tu podpisować! I tak wiemy, że się limes… granica z Polaki nie utrzymie. Choć są i takie Kassandry złośliwe, co wieszczą, że mełneński limes na wieki ostanie jako polskich i niemieckich krajów rozdzielenie, a wszelkie zmiany jeno wnętrza Prus dotyczyć odtychpor będą. Nie brzmi to dla mych uszu najmilej. Chyba że… że na Polaki inszy jaki obmyślim sposób. Ich także od wnętrza dzielić można…

Psiakość, przeciem Polak de origine… Już mi się we łbie plączę, kimże ja jestem…

O, dostrzegam teraz braci rycerzy aż z Lindenaw-Linowa przybyłych, członków tamecznego zgromadzenia. Hufiec ichni w okolicy głośny, w turniejach udział często bierze. Lindenaw opodal, ku wschodowi, kościołem pięknym opatrzone, aleć o nim pisać, jakom uprzedzał, nie będę. Kiedy mistrz krajowy Meinhardus z Querfurtu Roku Pańskiego 1293, za pośrednictwem komtura Hartunga z Radzynia, 60 włók chełmińskich nadał był sołtysowi Gobelinowi, już o wsi onej głośno było. To stąd wywodził się słynny Marcin, kapelan świętej pamięci Wielgiego Mistrza Ulricha von Jungingen i chełmiński biskup, a także dziekan katedry w Chełmży, przed ośmią laty sam również zgasły. Chłopy tuteczne niby wolne, ale śrubę dociskać im musiem, tu i wszędy dookoła, bo ekspensa rozmaite rosną i rosną, że samymi nie opędzisz ich Vorwerkami, folwarkami znaczy. Ale ci rycerze, skąd nagle aż tutaj, od Linowa kawał srogi? Nad wodą popasają, czy co? W taki chłód?… Coś mi się chyba przywidziało. To ten zamróz i mgły siwe, wiatrem przenikliwym targane, to owa, brrr, studnia dziejów. Apage! Przecie… przecie nie widzę czarnych Krestów na ichnich tunikach, a jeno orły. Orły białe! Zmoro, siło nieczysta, odstąpże ode mię! Czemu w chłopstwa podpitego czeredzie zjawy tak okropne widzę? Toć już lat tuzin po Tannenbergu! Ale… właśnie: kimże jestem?…

Zebrawszy wiadomości o lichocie srogiej gródka w Lisnowie, bardzo podobnie do Linowa nazwanej wsi, ale dalej ku wschodowi będącej, nijak do obrony nieprzydatnego, jadę z knechty dalej, na siewierz. Odpocznę ździebko przy dawnej granicy z pogany w Słupskim Młynie. Tak, szły tędy, ba, dalej idą, nocami i w dzień nawet, gęsi stada całe. Przemytniki, psianędza. I bydło z Polski do Prus Zakonnych przez Ossę tu idzie, od łotrów chciwych hen! gnane. Po drodze łąki pomezańskie żyzne spasą, pieniądz illegale zarobią, a nam cło koło nosów przemknie, eh… Nikogo nie widać, pewnie kto ich ostrzegł. A tak – byłaby sowita łapów… He, he… jaki znów wziątek, toć jam do bólu uczciwy. Ale zaraz, cóż znowu?… Co za hałasy? Rozumiem, żeby dziewki nad Ossą młócili. Wiadomo, młócą od lat, świecka tradycyja ponad podziałami. Tyle że młócki onej odgłosy jakoby szły ze młyna, nie z nadrzecznej Wenery młockarni… Hola, drapichrusty! Wiem, pojmuję, w czym rzecz. Przemyt kamieni młyńskich, a co, takim jest zmyślny, że i to wiem! Heinz, Horst, Hans, łapcie ich, a żywo! Jakże: kogo? Uciekają, bieżą, złoczyńce podłe ze młyna! Kamień pokręcili, czy dobry, a teraz o! Duchem za niemi, skroś zmarzłą gońcie ich Ossę, schneller!… Scheiße, i znów uciekli…

No dobrze, czas na posiłek. Pojedziem wzdłuż Ossy lasem do Rogóźna. Zejdzie trochę czasu, a ja sobie interim pomyślę o soczystych kapłonikach, pięknie z misek dymiących, bom już zgłodniał, i o nabożnych siestrzyczkach z wójtowego chóru, co to ślicznie zagrają po kolacji na flecikach i bębenkach. A i harfa jakowaś, wprawną rączką szarpana, najgłębsze ze się wyda wibracyje. Mile przepędzim czas, a zbożnie, że i sam Wielgi Mistrz byłby kontent.

Z lewej ostaje już Salno rodu von Tczadel, co to ku Polsce niezdrowe objawia ciągoty i Sadleńscy pisać krnąbrnie i czelnie się poczyna, dalej mijamy sołecką Dameraw-Dąbrówkę, wieś wójtostwa rogóźnieńskiego od Wielgiego Mistrza Meinhardusa z Querfurtu roku 1291 wspomnianą, srodze w czas wojny głodowej A.D. 1414 od Jagiełłowej zgrai upośledzoną na summę ein Tausendt Marck. I proszę, mamy wreszcie wioskę Roghussen w śniegu białym ślicznie tonącą, co to jej mądry Conradus von Jungingen, brat starszy nieszczęsnego Ulricha, przywilej roku 1401 nadawał. Nudzę, wiem. Co robić, gdy wszytko pamiętam, bom się uczyć ongiś na pamięć dokumentów różnych musiał. Włók chełmińskich było sześćdziesiąt. Sołtys óśm wziął, dwie proboszcz, mieszkańcy zasię pięćdziesiąt. Czynsz był pół grzywny i cztery skojce a oraz i dwie kury. Nadto ludzie z wioski o groble w Zajączkowie dbać musieli, aż hen! za Wisłą, w Pomeranii, która natenczas naszą już była, jako i tutaj Pomezania. Sołtys, jak zajechał na zamek, miał wolny stół, znaczy się jeść i pić mógł do woli. A jak Jagiełłowa zgraja tu przyszła, szkód narobiła na 337 grzywien, zasię ludzi ubito trzech… Nie, to już wojna głodowa była, rok 1414. A po Tannenbergu, cztery roki wcześniej? Nie pomnę. Verfluchte Rechnungks, nigdym rachunków nie lubił, budowanie owszem, ale liczenie pfuj… Zaraz, czy to nie wonczas z kirchy ukradziono dzwon, kielich i brewiarz? A jakże, wtenczas, aleć z kościoła we Świeciu nad Ossą, sioło całe spaliwszy i jeno świątynię ucaliwszy rozmyślnie, iżby kraść z niej co było. Wszytko mi się poplątało, wiem tylko, że gdzie Polaki, tam Sodoma. Prawda, kimże jestem…

– Witajcie, wójcie Zygfrydzie. Okrutniem się zasapał, na rumaku tu leząc, lubo to od wschodniej pnę się strony, mniej niźli meridionalna stromej, a zdyszanym jakbym pieszo się drapał.

– Ciesz się, kochany Georgiusie, że w ogólności wnijść możesz. Gdybym nie wiedział, że to ty z knechty, brysie jazgotliwe bym spuścił z łańcucha. Trzymię kilka takich.

– Prorocze twe słowa, bracie, prorocze. Kiedyś tak tu będzie. Nie, nie, nic takiego…

Zygfryd zdrożonemi zająć każe się knechtami, kuchenne wydaje dyspozycyje. Ja tedy, od inszych trosków uwolnion, oko do gęślareczek hożych… do służebnic Zakonu puszczam i do pracy skrybiej przystępuję. Cóż, ktoś musi, knechty niepiśmienne.

Zatem tak. Od okcydentu zamek wysoki, górny. Po zburzeniu drzewniannego, co w leciech 1250-60 stał sobie w tym miejscu, na nowo z cegły zmurowan po 1275 roku, w czternastym wieku ukończon. Szkoda, że nie ode mię zbudowan, ale co zrobić. Naturalnie na samym początku pruskie Pomezany gródek tu mieli, ale to dawne czasy. A ten-śmy zbudowali, bo Starckenbergk, zameczek niegdysiejszy w Słupie, Prusowie nam wrednie rozwalili. W Słupie zresztą Vogt nasz siedział, aleśmy roku 1336 słupskie znieśli wójtostwo, bo radzyńskie wystarczyło. Anno 1410 i 1414, jako wszędy tu w okolicy, Jagiełło Schloß okupował, od naszych tandem przepędzon. Wpośrodku zamek średni, Mittelschloß, z którego we śnie wieszczym-złowieszczym dwie jeno smętne widzę pozostałoście, chocia z górnego i tego nie będzie: basztę narożną, z trudem widoczną z doliny Ossy i uchodzącej do niej obok Gardęgi, bo las wszytko przesłania, a oraz i wieżę bramną na siedm kondygnacyj w niebo strzelającą, a przy niej most z przedzamcza. Tę ci wieżę dobrze z dala, wędrowcze, obaczysz. Dołem sucha fosa i przedzamcze, od orientu rozciągnione. Tam, po wiekach, zjaw sennych odegnać nie mogąc – bo silniejsze one od Jagiełłowych hufców – nic nie widzę, krom upadku, chaosu i pośledniego spustoszenia. Strzeż się, kto może, strzeż! Biedna ty będziesz, ziemio grudziążka…

Przy tańcach i muzyce… rzec chciałem: przy poobiedniej modlitwie… lepiej mi się na duszy uczyniło. Wójt Zygfryd, koście obgryzając, po udach się bijąc z uciechy i pacierz po wielekroć odmawiając, wybornie też był sobie dogodził. Uradowani i umocnieni w Panu, ruszylim w przedwieczorną wędrówkę do Grudziąża, jużnym Gór Łosiowych skrajem, stalowoszarymi chmurami zasnutych. Łasin, miasto na wschód położone, do wójtostwa rogóźnieńskiego przynadleżne, roku 1298 na chełmińskim prawie lokowane przez sławnego ongi Meinhardusa z Querfurtu, jużem sobie darował. Zamku tam nie masz, jeno mury i wieże solidne, zacnie od nas opatrzone, i zbrojna załoga. A w grudziążkim zamku nocne czeka mię do świtu pisanie. Wielgi Mistrz Paulus von Russdorff, nowy i wielu spraw tutaj nieświadom, ile że dopiero tego roku po Michaelu Küchmeistrze von Sternbergk urząd objął, pilnie czeka z pobożnej mej trasy sprawozdania.