DZIEŃ CZWARTY, CZYLI

CZWARTEK Z OBROŃCĄ TWIERDZY GRUDZIĄDZ

 

Sacrebleu, jakże by sie pohulało z kompanami, gdyby nie ci przeklęci żaboja… No tak, samem de origine Francuz, a na swoich pomstuję, ale tak w mury z armat walą, że myśli zebrać niepodobna. Darujcie, mesdames et messieurs, żem się zrazu nie przedstawił, oto i mój bilet wizytowy, lekuchno sperfumowany, rozumiecie sami… Zwę się Guilleaume René de l’Homme de Courbière, jestem pruski jenerał miłościwie nam panującego Króla, Najjaśniejszego Pana Fryderyka Wilhelma Trzeciego von Hohenzollern, a pod komendą mam niemal sześć tysięcy dzielnego – i głodnego! – żołnierza. No i tkwię, od stycznia tego okropnego 1807 roku, w oblężonej przez szalonego Korsykanina Festung Graudenz. Do diaska z onym cesarzem samozwańczym! Przez tę jego wojenkę z całym światem, miast żłopać winko, wcinać pieczyste i dziewki nadobne obłapiać, do swoich prażyć z dział i karabinów muszę, arcygłupio się z tym czując – ale co robić. A tymczasem załoga nie dojada, dezynteria się szerzy, a forteczne koty i szczury, przyczyna onej przypadłości, do imentu wyżarte i oczu cieszyć ichnimi nie da się już wojenkami, do ludzkich jakże podobnymi.

Niewesołe nasze położenie myśl mi pewną podsunęło, o której za chwilę, bo niełatwa przede mną decyzja. Pierwej wszakże słów parę o twierdzy. Festung Graudenz trzynaście lat budowano, od 1776 do 1789 roku, na szkarpie wiślannej na północ od miasta. Ale już roku 1774, ledwośmy Prusy oboje zjednoczyli, z łap polskich niegodnych je wyrywając, na kępie rzecznej prace rozpoczęto. Podpułkownik d’Heintze projekt dał świetny, zaś inżenierem i robót nadzorcą był kapitan Paweł von Gontzenbach. Niestety, powodzie wysiłek wniwecz obróciły i wkrótce znów za szkarpę się zabrano. Donżon wielki stanął z pięcią bastionów, czwórką rawelinów i ośmią lunet. Na południe, w stronę miasta, dzieło rogowe powstało. Za Wisłą, od pomorskiej strony, szańców troje. Do tego magazyn wielki wojskowy i artyleryjskie remizy. Teraz zaś, w walk ogniu, szaniec nowy na Kępie Lubieńskiej na złość powodziom i Francuzom wznosimy.

W sam czas, zaiste, trud tak wielki podjęto, jakby ekscesy teraźniejsze od pożałowania godnego „Boga wojny” przedsiębrane antycypując. A jeszcze niedawno tak tu miło bywało. Król Jegomość lubił Grudziądz, oj lubił. Co dwa lata, od 1800 roku, do sioła Mokre na rewie zajeżdżał wojskowe z Najjaśniejszą Panią, Królową Luizą. Specjalnie dla monarszej pary, wojaków i kogo się da do pracy skrzyknąwszy, dom wygodny jednopiętrowy zbudowaliśmy i kuchnię polową. Lodu zapas nad Jeziorem Białochowskim zgromadzono, w wydrążonym specjalnie sklepie, iżby szampiter zawsze był zmrożony, ust królewskich godzien.

Roku przeszłego, to jest 1806, pośledni raz Najjaśniejszy Pan tu zjechał, ale już, proch czując nieomylnie, w twierdzy stanął, nie w Mokrem, cytadeli inspekcję czyniąc. Szczerze powiedziawszy, bardziej mi kontrola ona na wątrobie zaległa niż dzisiaj Bonaparte ze swą zgrają niedomytych kozochędożców spod gilotyny… Uważaj, ma chérie, idzie ma żoneczka…

– René, dlaczego trzymasz w ramionach tę pokojówkę?

– Ty niemądra kobieto, czy nie widzisz, że podtrzymuję w niej ducha walki przeciw owym parszy… przeciw mym ziomkom? Jak się ugnę, jak poddam twierdzę, rozstrzelają mnie za zdradę, c’est terrible! Masz okazję się przymknąć, a tak z niej rzadko korzystasz.

Poszła… Widzicie sami, co się wokół dzieje. W ogniu walk tak srogich i na tylu frontach naraz odprawianych jakże mi się skupić na mym śmiałym zamyśle. Cóż, niech tylko, miast jejmości, ordynans mój do drzwi zapuka, a będę wiedział, co czynić.

Taak… Przesuń się, moja droga, powspominamy dobre czasy. A co tam, niech kule tłuką o cegły, niechaj świszczą kartacze i dymią granaty. Niech bzykają karabinowe pociski. My, okna pozamykawszy, zatoniemy we wspomnieniach, w ulotnym czarze minionych dni. Przesuń się jeszcze trochę, Juliette, bo łóżko wąskie, polowe… A co to za łomot? Ach, racja…

Herr General, melduję się na rozkaz!

Wreszcie dotelepał się Otto, czas najwyższy. Zapoznam go z mym heroicznym, nie waham się użyć tego słowa, planem. Juliette, nalej nam obu wina i podaj ser. Lepsza taka przekąska niźli piwo z kiełbasą, ale głośno o swej preferencji gadać nie będę. Nie politycznie.

– Masz tu, Otto, mapę detaliczną całej okolicy. Weźmiesz paru chłopaków, najlepiej spod Grudziądza, samych Niemców, i jeszcze tej nocy wyprawicie się przez francuskie linie po prowiant. No, co się tak gapisz? Zły pomysł? Chyba dostatecznie odważny w naszym położeniu. Ruszaj! Tylko pamiętaj: żadnych Polaków.

Mam nadzieję, że mnie rozumiecie. Hultaje Bonapartego rozpoznaliby mnie bez trudu, a los twierdzy bez dowódcy byłby przypieczętowany. Nie myślcie, doprawdy, że mam pietra. Stałe potyczki z wścibską żoneczką to batalia sroższa od awantury z Małym Kapralem.

 

***

 

Herr General, melduję powrót… pardon, madame, już niosę parawan… i wielki sukces aprowizacyjny! Mogę zdać relację przy?… Hm, nic, nic. Było tak. Pierwszej nocy, nie bez łutu szczęścia, przedarliśmy się z wozami przez pijane do szczętu francuskie warty. Za długo między Polakami tutejszymi przebywają, a i czas wojenny trzeźwości nie służy…

Historia trzech nocnych wypraw Ottona to zarazem niezły, powiadam waćpaństwu, itinerariusz podróżny dla kogoś, kto by w czas pokoju ziemię grudziądzką chciał zjeździć. Wprzódy, straże przy sprzyjającej fortunie minąwszy i samo miasto Grudziądz zarównie, zajechali do winnicy sławnej imci pana Wagnera w Strzemięcinie. Wiadomo, wojacy. Beczki załadowali, patriotyczną powinnością gospodarza od zapłaty się wymigawszy. Gdy wciąż poburkiwał, że to rekwizycja bezczelna, do mnie go odesłali, po wojnie, o szóstej. Chwaty!

Ze Strzemięcina do Brzezin nieodległych dotarli, pod Turznicami położonych, wioski ichmościów Gotfryda Felskiego, Michała Prietza i Jerzego Kalla. Pięć lat temu uwłaszczono całą trójkę na Brzezinach, za co obowiązek aprowizacyjny do dziś na nich ciąży. Ci, rzecz jasna, ni pisnąć nie śmieli, worki i skrzynie wszelkiego jadła i spyży na wozy nasze kładąc.

Dalej droga do Małego powiodła Kuntersztyna, bo z wolna czas było ku twierdzy zawracać, miasto grudziądzkie łukiem szerokim okrążając. Tam u oberżysty zbudzonego, niejakiego Schiemanna, oranżerię z fruktów ślicznie ogołocili. A co, moja ekipa!

Rejzę, jak to ongiś Krzyżacy mawiali, domykając, o Świerkocin zawadzili. Klasztor siostrzyczek miłosierdzia z Chełmna, co roku przeszłego mocą zapisu Króla Jegomości z rąk franciszkańskich w nowe był przeszedł, zapasów nie poskąpił, bo nie mógł. Hi, hi, hi…

Na koniec pan major von Klinggräf… raczej Białochowo majorowe, bo oficer przecie w twierdzy siedzi, oblężony wraz ze swym dowódcą. Tam przykra trafiła się siurpryza: napoleoński watażka, jenerał Rouyer, dwór majora zajął z wojska kupą! Tedy salwować się musieli ucieczką do twierdzy, uśpione żabojadzkie czujki znów omijając. Swoi najgorsi, tfu!

Noc wtóra niezgorsze hece znów przyniosła. Na północo-wschód się jadąc, Skurgwy Kaweczyńskich zajechali. Dobre słowo, boć na Polaków jeno zajazd skuteczny. A co, wydał Kaweczyński, co miał, niechby zaszumieć spróbował.

Nie inaczej podporucznik August Gruszczyński z Salna postąpił… Zaraz, co ja plotę, toć on w twierdzy, z dowódcą swym dzielnie przeciw Bonapartemu staje. Hm, pałac w Salnie nowiutki buduje, ciekawe, skąd ma fundusze… Ponoć, jak opowiadał Otto, troszkę mu tam z obory i stodółki podebrano, żeby sobie nie myślał, że z tego zwolniony, co to, to nie.

W Orlu odpuścić musieli. Imć pan Piotr Chomse, co roku 1799 zakład wychowawczy dla młodzi ewangelickiej tam ufundował i folwark Peterhof nazwany, batem plecy wojakom moim wysmagał i wraz z służbą i wychowankami gonił ich po polu dobrą godzinę. Trzeba będzie raport wysmażyć. Albo… Lepiej przemilczeć, człek to w końcu zasłużony.

Dzierżawca Słupskiego Młyna Albert Rzepnikowski, Polak, mamrotał zbudzony pod nosem, ale tego i owego na wozy podsypał.

W Mełnie, u Tobiasza von Blumberga, podkurek sobie zjedli, niezgorszy zapas na drogę biorąc i przez świtaniem w mury forteczne wracając.

Nielichego trzeba było sprytu i Francuzów… kimże jestem… kołowania, by trzeciej, ostatniej nocy wypad skuteczny przedsięwziąć. Ale się udało, zuchom moim kochanym! W Białobłotach Feliks von Karwatt, krezus, co z górą osiemdziesiąt tysięcy guldenów na majątek roku 1799 był wydał, skąpym nad wyraz się okazał. Ale gdy mu krówki na łąki nocne wygnano i spiżarnię przewąchano, wraz z win zapasem, zmiękł zaraz i o miłości swej do Najjaśniejszego bajdurzyć począł Pana.

Dohnów familia przepotężna, która między Finckami, Dönhoffami, Eulenburgami, Schliebenami, Gröbenami i Lehndorffami rej wodzi, Prusami całymi trzęsąc, godnie w Karlshofie swoim opodal Lisnowa żołnierzyków moich przyjęła, furażu onym i prowiantu nie szczędząc.

Wesoło nad wyraz u Ksawercia Pawłowskiego w Mędrzycach wojakom Ottonowym było, że się aż nocka od zabawy rozjaśniła. Francuzi daleko od wsi stali, to pofolgować sobie mogli. Imć Pawłowski niezgorszy birbant i ladaco, cóż – Polak, ale Królowi wierny. Było się gdzie zabawić, bo to i pałac świeżo zbudowany, i karczma z piwem i gorzałką własnej roboty, i młyn, i trzy rybne stawy. Ryb teraz w twierdzy dostatek, że się do Parsków i Zakurzewa, żywotem ryzykując, przez linie wroga nad Wisłę przebierać nie musimy.

Ekspedycja w Świętem, u Ernesta Eliasza Friesego, finał szczęśliwy znalazła. Znów uciecha do świtu, bo gospodarz majętny i szczodry. Oberżę zarównie posiada, jak Pawłowski, wiatrak, ogród warzywny i owocowy na trzy morgi, piwo sam warzy, a do tego przywilejem cieszy się polowania. Na ostatnim przeto wozie dziczyzna do festunku zajechała.

– No, pięknieś się sprawił, mój Otto. Juliette, sprawdź, czy żoneczka nie nadciąga, i przynieś wina. I zaproś Henriette. Posiedzimy sobie w zacnej kompanii. A jutro, z nowymi siłami, szczury odstawiwszy – do boju! Bój się, ty… francuski kurduplu!

Prawda, ja przecież… Alem chłop na schwał, więc dobrze draniowi powiedziałem1!

1 Po pokoju w Tylży (7.07.1807) oblężenie trwało nadal, aż do grudnia. Ostatecznie Grudziądz z okolicą zostały w Prusach, a reszta ob. powiatu weszła, do 1815 r., w skład Księstwa Warszawskiego. Generała uhonorowano za sukces i od 1893 twierdza nosiła miano Feste Courbière.