Dla historii drzeworytu, a także malarstwa ludowego w Polsce miedzioryty mają duże znaczenie, ponieważ wiele z nich służyło za bezpośrednie wzorce artystom ludowym, którzy je kopiowali, a niekiedy nawet przekalkowywali. (…) Pierwsze drzeworyty dewocyjne sprzedawano na jarmarkach i odpustach już w XV w. (…) Najstarsze polskie drzeworyty, które ze względu na cechy formalne uważać można za ludowe, pochodzą z początku XVIII w. (…) Miejscowościami odpustowymi, w których rozwinęło się drzeworytnictwo dewocyjne, także ludowe, były z pewnością wielkie ośrodki pątnicze, jak Częstochowa i Kraków oraz Kalwaria Zebrzydowska pod Krakowem, Pacławska pod Przemyślemi Wileńska. Spośród mniejszych tego rodzaju miejscowości należy wymienić Tursko pod Poznaniem (odbijaniem drzeworytów trudnił się tam miejscowy wikary, ksiądz Kijewski i Radecznicę w Zamojskiem, (…) Jest też bardzo prawdopodobne, że ośrodkiem drzeworytnictwa na północy były Łąki Bratiańskie, na Pogórzu zaś któraś z miejscowości cudownych w okolicach Jasła i Tarnowa – takich jak Jarosław, Tarnowiec, Kobylanka czy Rzeszów. Na Podlasiu podobną rolę odgrywać mógł Kodeń nad Bugiem czy paulińska Leśna. (…)

Wnikliwa analiza stylistyczna drzeworytu ludowego wykazała, że trudno jest w ciągu przeszło 200 lat rozkwitu tej gałęzi twórczości ludowej zauważyć zjawisko ewolucji formalnej. Istota stylu drzeworytu ludowego wydaje się nie zmieniać w tym czasie. Podobnie jak w grafice średniowiecznej, zasadniczym elementem plastycznym kształtującym drzeworyt ludowy jest linia konturu. Wszystkie sceny komponowane SA zawsze płaszczyznowo, nigdy przestrzennie. Kontur zdecydowany i równie mocno obrysowujący wszystkie elementy kompozycji – bez względu na to, czy są to postacie ludzkie i budowle czy obłoki i nimby świętych – organizuje ją, dzieląc na wzajemnie przeciwstawne pola, zróżnicowane jako płaszczyzny jasne i ciemne. Te ostatnie wypełnione są najczęściej równoległym kreskowaniem, o funkcji bardziej dekoracyjnej niż modelującej. Obok kreskowania występuje ornament złożony zwykle z drobnych, powtarzających się motywów, równomiernie rozłożonych na całej płaszczyźnie szaty czy tła lub skomponowanych pasowo. Osobna i nieliczną grupę, jeśli chodzi o materiał zabytkowy, stanowią drzeworyty ludowe, w których ornament – stylizowane motywy roślinne – występuje samodzielnie. (…) Drzeworyty ludowe przeznaczone były w zasadzie do kolorowania, zwłaszcza te większe. Malowano je ręcznie lub przy użyciu patronów, nakładając farbę cienką, przezroczystą warstwą, tak by nie kryła rysunku ornamentu, a jedynie podnosiła walory dekoracyjne ryciny i dodatkowo kontrastowała sąsiadujące ze sobą płaszczyzny. Barwami, jakie najczęściej stosowano są czerwień, żółć, brąz, zieleń i błękit, występujące w kilku odcieniach.

 

Drzeworyt jest ze mną od zawsze. W czasach szkolnych uczęszczałem na zajęcia ogniska plastycznego w Płocku prowadzone przez pana Wacława Polakowskiego. Profesor, bo tak go nazywaliśmy, wydawał się nam dystyngowanym starszym panem. Wówczas, nazwisko Pronaszko, którego uczniem był Wacław Polakowski, niewiele mi mówiło. Pewnego razu Profesor postanowił wprowadzić nas, uczniów VII klasy szkoły podstawowej w tajemnice linorytów. Mieliśmy przynieść na zajęcia płytki linoleum i narzędzie do rycia. Mój rylec wykonał mieszkający nieopodal mojego domu kowal pan Jarzębowski. Dłuto wykute przez kowala okazało się doskonałym narzędziem do wykonania linorytu. Jedyną jego wadą to, że było zbyt duże i nie nadawało się do wykonania precyzyjnych szczegółów. Ojciec wyposażył mnie zamiast w kawałek linoleum, w płytkę PCW taką, jaką wtedy porywało się podłogi. Miałem największy kawałek – moich koledzy mieli do dyspozycji znacznie mniejsze o wymiarach ok. 10×10 cm. Moja płytka miała wielkość 30×30 cm. Pomyślałem sobie, że zrobię więc wielkie dzieło. Wybrałem płocką katedrę jako przedmiot mojej twórczej interpretacji. Zacząłem żmudnie dłubać lecz jako adept sztuki linorytniczej nie wiedziałem, że muszę nanieść na linoleum rysunek odwrócony. Nie uczyniłem tego i moja katedra przybrała postać negatywu. Dłubałem mój linoryt a raczej pcw-ryłem przez trzy tygodnie, a kiedy Profesor zrobił pierwszą odbitkę nie byłem zadowolony z efektów mojego dzieła. Tak więc moja pierwsza próba zakończyła się wielkim rozczarowaniem. Pod koniec liceum zapytałem mojego ówczesnego mistrza czy powinienem składać teczkę na Akademię Sztuk Pięknych – odradził mi. Sugerował żebym zajął się czymś bardziej praktycznym. Zacząłem więc studia na historii a następnie przeniosłem się na etnografię. Tu ponownie „dopadł” mnie drzeworyt. W roku 1979 uczęszczałem jednocześnie na zajęcia ze sztuki ludowej, prowadzone przez Aleksandra Jackowskiego jak i zajęcia ze sztuki plemiennej, prowadzone przez Jacka Olędzkiego. Ponownie jak przed laty, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, a może zafascynowany opowieściami Aleksandra Jackowskiego wpadłem na pomysł zrobienia kolejnego drzeworytu. Postanowiłem zrobić kopię drzeworytu prezentowanego na zajęciach. Zabrałem się do dłubania. Dłuta chińskie, które sobie zakupiłem niestety nie nadawały się do precyzyjnego rycia w desce. Podobnie, jak przed laty, kowal pan Jarzębowski przystosował je do pracy. Precyzyjnie naostrzył dłuta, które wyśmienicie cięły drewno. Kolejnym problemem były deski lipowe. Rozwiązanie znalazło się – obok mojego domu rosła wielka lipa, którą właśnie ścięto, gdyż jej konary zagrażała przechodnim. Robotnicy pocięli drzewo na metrowe kloce. Jeden z nich zaciągnąłem do domu i połupałem na deski. Zrobiłem drzeworyt Chrystusa na krzyżu, wzorowany na drzeworycie omawianym na zajęciach przez Aleksandra Jackowskiego. Robota ta spodobała mi się. Zrobiłem kilka drzeworytów wzorowanych również na tych z katalogu wystawy w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Robiłem je potajemnie, gdyż Magda moja żona nie była zachwycona produkcją strużyn, których było coraz więcej i wbijały się w dywan. Magda poznała dokładnie istotę wiórków drzeworytniczych. Były małe, cienkie i miały zadziorki. Wbijały się w dywan i nie dawały usunąć nawet przy pomocy odkurzacza. Kiedy zrobiłem jakieś dwadzieścia drzeworytów, zaniosłem je do Aleksandra Jackowskiego. Oczekiwałem pochwał i wytycznych na przyszłość. Niestety Aleksander Jackowski obejrzał moje prace bez wyraźnego zainteresowania po czym zaproponował, żebym zajął się produkcją ex librisów. Podłamany wróciłem do domu i opowiedziałem o wynikach mojego spotkania Magdzie. Ta była wyraźnie ucieszona, że więcej nie będę zajmował się drzeworytem – powodem były wiórki. Po zajęciach ze sztuki plemiennej pokazałem drzeworyty naszemu wykładowcy Jackowi Olędzkiemu. Ten w przeciwieństwie do Aleksandra Jackowskiego zainteresował się moimi dziełami. Oglądał, oglądał po czym stwierdził, że muszę kontynuować moją robotę. Po kilku miesiącach, kiedy wykonałem kolejne drzeworyty zaproponował żebyśmy zrobili sesję fotograficzną prezentującą technologię tworzenia tradycyjnych drzeworytów. Sesja odbywała się w piwnicy, która w tym czasie była moją pracownią drzeworytniczą. Dla lepszego oświetlenia pomieszczenia Jacek umieścił halogeny na róże wodociągowej. Przez zrządzenie losu od halogenu zapaliły się papiery, które leżały nieopodal. Wybuchł pożar i musieliśmy zakończyć sesję zdjęciową i zająć się gaszeniem pożaru. Po tym wydarzeniu zakończyła się też moja działalność drzeworytnicza.

 

Ponownie drzeworyty powróciły w czasie mojego wyjazdu do Niemiec w 1981 roku. Mieszkałem wtedy na squocie z bardzo miłymi anarchistami – miłośnikami muzyki punk. Moi koledzy organizowali w tym czasie koncert punkowy. Byli wydawcami pisma fanzinu Sthal und Glass i jako anarchistycznie nastawieni do rzeczywistości postanowili samodzielnie wydrukować plakat. Zaproponowałem, że zrobię im plakat, który będzie drzeworytem. Miałem zamiar nawiązać do stylistyki ekspresjonizmu niemieckiego. Nie miałem ani klocków drzeworytniczych ani dłut jednak Niemcy to Niemcy, bez problemu znalazłem sklep dla plastyków, który oferował i jedno i drugie. Ruszyłem żwawo do roboty i po ośmiu godzinach drzeworyt był gotowy. Pozostała kwestia wykonania odbitek. Papier zdobyliśmy z firmy transportowej, która używała go do pakowania towarów a farbę dostarczyli znajomi anarchiści. Wieczorem, dzień przed koncertem rozpoczęliśmy druk. Pracę zakończyliśmy nad ranem mając 50 gotowych plakatów. Nie daliśmy im ani chwili odpoczynku i jeszcze wilgotne zawisły na ścianach domów w Gottingen.

W stanie wojennym nie wykonałem ani jednego drzeworytu, choć wówczas kto żyw realizował się w grafice, począwszy od gazetek podziemnych a na znaczkach i pocztówkach skończywszy. Ja jakoś się nie realizowałem – brakowało odwagi, tematów i zapału do pracy. Ponowne spotkanie z drzeworytem odbyło się za sprawą Jacka Olędzkiego – mojego mentora. W roku 1986 zaproponował mi współpracę przy produkcji filmu o budowaniu łodzi przez mistrza kunsztu pana Grudzińskiego z Murzynowa. Na planie pojawiliśmy się w trójkę: Krzysztof Chojnacki z Muzeum Etnograficznego w Warszawie, Jacek Olędzki – dyrygent planu i ja w nie do końca określonej roli. W rezultacie plan filmowy stał się placem boju pomiędzy Jackiem Olędzkim a Krzysztofem Chojnackim. Emocje towarzyszące kręceniu dokumentu sięgały zenitu. Jacek Olędzki ukryty w kurniku, przez uchylone drzwi próbował kierować panem Grudzińskim, Krzysztofem Chojnackim i mną. To w przypadku tych dwóch pierwszych okazywało się nieskuteczne. Ja chcąc zaznać uspokojenia sięgnąłem po wielką deskę z drzewa gruszkowego ze stołu i zabrałem się do wykonania mojego największego dzieła pt.: Sąd Ostateczny. W przypadku tego drzeworytu przed rozpoczęciem pracy nie miałem szkicu całości. Tworzyłem go dorysowując kolejne sceny w trakcie pracy. Byłem tak zaangażowany w dłubanie, że awantury, jakie toczyły się na planie filmowym przestały mnie dotyczyć. Tworzenie stanowiło swoistą terapię, dającą mi możliwość wytchnienia i odnalezienia się na tym placu boju. Drzeworyt zakończyłem w momencie ukończenia prac na planie. Film był dziełem Krzysztofa Chojnackiego przy udziale Jacka Olędzkiego i moim. Sąd ostateczny był zwieńczeniem moich działań drzeworytniczych tego okresu. Wystawiłem go na pierwszej mojej wystawie w Galerii Biura Wystaw Artystycznych w Ciechanowie w roku 1990. Na kolejną wystawę u Magdy Kraszewskiej w zakopiańskiej galerii „Dom doktora” w 1993 roku przygotowałem cykl pt.: Siedem grzechów głównych. Wtedy wszem i wobec ogłosiłem, że kończę moją działalność drzeworytniczą. Uważałem, że poznałem wszelkie tajniki drzeworytu i dalsze się nim zajmowanie nie jest ciekawe – wykonałem bądź co bądź ponad 40 prac.

 

Z obecnej perspektywy uważam, że drzeworyty z tamtego okresu nie mają większej wartości, gdyż w większości nie były samodzielnymi pracami a jedynie kopiami drzeworytów ludowych. I podobnie jak w poprzednich okresach, drzeworyt ponownie niespodziewanie pojawił się w moim życiu. Tym razem za sprawą Stanisława Tworzydło. W 2002 roku przyszedłem do jego pracowni chcąc wypalić jedną z moich prac ceramicznych. Stanisław powiedział, że takiej działalności nie prowadzi, ale jak chcę to mogę uczestniczyć w zajęciach z malarstwa na materiałach higroskopijnych. Bardzo mnie to zafrapowało. Przez następne kilka lat uczęszczałem do pracowni i pod okiem Stasia tworzyłem moje dzieła z wykorzystaniem technik chińskich malowania na papierze, jedwabiu i bawełnie. W pewny momencie Staś uznał, że przyszedł czas abym wstąpił do Polskiego Związku Artystów Plastyków Sztuka Użytkowa. Jednym z wymagań związanych z przyjęciem mnie do Związku było zaprezentowanie dorobku. Przyniosłem moje drzeworyty, a Staś się zachwycił. Zaproponował abyśmy je odbili w technice chińskiej i wyciągnął zza szafy wykonaną przez siebie kopię tradycyjnej prasy chińskiej służącej do odbijania drzeworytów. Technika drzeworytu chińskiego jest odmieniana od tej, jaką znamy w Europie. Drzeworyty służyły do masowego powielania wcześniej wykonanego przez mistrza malunku tuszem. Drzeworyt odbija się tuszem, a nie jak w tradycji europejskiej farbą drukarską, wytwarzaną na bazie oleju. Próba odbijania na płótnie bawełnianym powiodła się. Osiągnęliśmy niebywałe efekty. Odbiłem tą techniką większość moich drzeworytów, które wykonałem wcześniej. I można powiedzieć, że była to raczej próba zastosowania innej techniki powielania. W czasie moich spotkań ze Stanisławem Tworzydło nie udało mu się namówić mnie na zrobienie nowego drzeworytu. Uznałem, że to już przeszłość a i brak cierpliwości sprawiał, że zacząłem sobie cenić techniki malowania tuszem i akwarelami. Znalazłem też wymówkę która rozgrzeszyła moją niechęć tworzenia w tej technice. Brak odpowiednich klocków drzeworytniczych był wystarczającym argumentem do tego aby porzucić dłubanie.

W roku 2013 drzeworyt powrócił. Powrócił i to w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Stało się to za sprawą Pani Elżbiety Grygiel kierującej działem komunikacji społecznej Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie . W trakcie rozmowy na temat wydania książki poświęconej kuchni mennonitów pojawiła się kwestia ilustracji. Książka co prawda miała dotyczyć gotowania ale główna część to opis historii mennonitów na ziemiach polskich. Książki wydawane w serii poświęconej kuchni i kucharzeniu ilustrowane były dziełami sztuki z epoki. Było to ilustracje przedstawiające obrazy rzeźby czy grafiki a epoki. W przypadku mojej książki takich ilustracji nie było. Zaproponowałem nieśmiało że może książkę zilustruję moimi drzeworytami. Po krótkiej konsultacji zdecydowaliśmy że książka kuchnia mennonitów zostanie zilustrowana 30 drzeworytami. Tak powstał ostatni cykl drzeworytów zatytułowany kuchnia mennonitów. Cykl ten składa się z 36 drzeworytów ilustrujących pracę mennonitów, typowe dla nich zajęcia, a także z zawartość spiżarni oraz ingrediencję przygotowywanych przez nich potraw.